Loading

Oczywiście nie ma czegoś takiego jak “wszyscy” czy “tylko ja”. Tytuł jest świadomym uogólnieniem.

Premiera “Jackie” natchnęła nas do zebrania naszych najbardziej niepopularnych opinii na temat filmów. Znacie to? Zachwyty, pozytywne recenzje, zasiadacie przed ekranem pełni nadziei i… nic. Przed Wami filmy, nad którymi zachwytu nie podzielamy. Powody? Rozmaite. Od technicznych, poprzez fabularne, aż po czysto subiektywną niezgodę na takie, a nie inne przedstawienie świata.

Prawdopodobieństwo, że ktoś z Was zirytuje się tym wpisem, wynosi jakieś 90%. Nie oczekujemy zrozumienia. Prosimy o odrobinę dystansu wobec naszych niepopularnych opinii. 

O tym, jak różne są gusta, niech świadczy fakt, że nawet my znaleźliśmy tylko trzy popularne filmy, które wspólnie darzymy porównywalną niechęcią.

Wielki Gatsby

gatsby paranafilm

O: Kategoria: film – wydmuszka. Żywię mieszane uczucia już wobec powieści Fitzgeralda (uwaga: mieszane = i dobre, i niedobre, nie jest to eufemizm dla braku sympatii). Jeśli mam ochotę czytać o interesownej miłości w podobnym wydaniu, wolę sięgnąć po naszą rodzimą “Lalkę”. Ale to, co w moich oczach broni się w literackiej wersji “Gatsby’ego”, poza kartami powieści – już niekoniecznie. Egzaltowana narracja przełożona na język filmu, spotęgowana dodatkowo pretensjonalną otoczką, jest dla mnie nieznośna. Emocji i refleksji tu nie uświadczyłam. Wszystko ginie w piórach, atłasach i konfetti.

K: Typowy film, który olśniewająco wygląda na zwiastunach i plakatach, a jako całość nie ma już niczego więcej do zaoferowania. Oglądanie go przypomina przeglądanie w gazecie zdjęć luksusowych rezydencji wraz z modelami i modelkami, którzy pokazują jak cudownie im się tam mieszka. O ile sama historia jest znana i dobra, to samo doprowadzenie do dramatycznego finału zostało źle rozegrane. Nie pomaga obecność Leonardo DiCaprio i Carey Mulligan. Piękne stroje, scenografia i złoto wylewające się z ekranu nie są w stanie zakryć źle napisanej historii, w której ciężko zrozumieć motywacje bohaterów.

Pamiętnik

notebook paranfilm

O: Historia irytującej panienki z wielką swobodą podchodzącej do wierności, będąca zarazem próbą usprawiedliwienia zdrady porywami serca, nie poruszyła czułych strun mojej duszy. Nie dostrzegałam miłości bohaterów, miałam wrażenie, że rządzi nimi potrzeba zaspokajania erotycznych popędów, nie trwałe uczucie. Dyskusyjna moralność bohaterów i ślizganie się w temacie zdrady sprawia, że bohaterów trudno mi było polubić. Na każdym kroku atakowała mnie ckliwość i próby mechanicznego wywołania wzruszenia. Na plus – zakończenie.

K: Ten film dał chyba początek miłości milionów nastolatek do Ryana Goslinga. Długo się za niego zabierałem, bo sam zarys fabuły wydawał się mało pasjonujący, ale miejsce w pierwszej setce najlepszych filmów według Filmwebu sprawiło, ze w końcu chciałem się przekonać, o co cały ten hałas. Czy to rzeczywiście genialny melodramat, na którym wszyscy płaczą jak małe dziewczynki? No tak średnio. Bardzo typowa historia, w której bohaterowie zachowują się często co najmniej dziwnie i nieracjonalnie. Znam wiele lepszych wyciskaczy łez i melodramatów.

Jackie

jackie para na film

O: Przytoczę swoje trzy grosze, które zamieściłam przy recenzji Konrada: „To miało być i mogło być poruszające kino o przeżywaniu żałoby. Niestety z mojej perspektywy już od pierwszych minut, pomimo aż nazbyt dostrzegalnych ambicji, „Jackie” okazała się być wszystkim tym, czym obawiałam się, że będzie. Hagiografią udającą ambitne kino, grzeszącą pretensjonalnością. Portman tak desperacko usiłowała odtworzyć sposób bycia i mówienia Jackie, że w efekcie zobaczyłam przeszarżowaną parodię z osobliwą manierą będącą skrzyżowaniem dojrzałej Katharine Hepburn i Marilyn Monroe.”

K: Najnowszy film na liście, o którym szerzej pisałem tutaj. Zacytuję samego siebie: „Nie dość, że się wynudziłem, to nadal nie wiem, o czym miał być ten film. Zupełnie zbędna produkcja, która nic nie wnosi, a z postaci Jackie robi dziwaczkę. Celem jest chyba tylko poklepanie hamburgerów i ich historii po plecach oraz drugi Oscar dla Portman – chyba najbardziej wyżebrany w historii tych nagród.” Dodam tylko, że widać wyraźny rozdźwięk między większością widzów, a większością recenzentów. Ci pierwsi są bliżsi mojej opinii, ale i tak traktują „Jackie” zdecydowanie za bardzo pobłażliwie.

Lista Olu

Różyczka

Chyba najbardziej kontrowersyjna propozycja. Jeśli jakiś film budzi moją irytację, a nawet gniew, to z reguły znak, że wiele sobie po nim obiecywałam i doznałam gorzkiego rozczarowania. Fabuła przywodzi na myśl losy Pawła Jasienicy – specjalnie ważę tu słowa, bo rodzina pisarza odcina się od filmu. Ale skojarzenia są nieuchronne. Sama historia – bez dwóch zdań dramatyczna, niesamowita i warta uwiecznienia. Ale w bardziej subtelny sposób! Boli mnie koturnowość “Różyczki”. Jak to się stało, że tacy aktorzy jak Seweryn (SEWERYN!), Więckiewicz i Boczarska (po tym filmie miałam do niej awersję, która na dobre minęła dopiero, gdy zobaczyłam ją w roli Wisłockiej – recenzja filmu tutaj) – grają tak, jakby występowali w szkolnym teatrzyku? Być może to słabe dialogi tkwią u podstaw jednowymiarowości postaci. Roman Rożek – szalejący buc nad bucami, krzyczący całym sobą: “jestem złym, nieokrzesanym brutalem z SB!”. Adam Warczewski – pretensjonalny i papierowy do bólu, który ciągle przypomina: “jestem szlachetnym intelektualistą, przeczytałem i napisałem wiele książek”. I wreszcie Różyczka – jestem w stanie uwierzyć, że mogła skutecznie uwodzić panów, ale na pewno nie w to, że była intelektualistką, która uwiodła Warczewskiego również inteligencją i oczytaniem (a takie miała sprawiać wrażenie).

Quo Vadis z 1951 roku

Byłam zaskoczona, gdy odkryłam, jak wiele osób zachwyca się hollywoodzką ekranizacją powieści Henryka Sienkiewicza sprzed kilkudziesięciu lat. Ponieważ w wieku lat 13-15 przeżywałam silną fascynację “Quo Vadis” (uwielbiałam Petroniusza) i przeczytałam ją jakieś 5 razy, jestem czuła na punkcie ekranizacji. Niby mówi się, że Sienkiewicz to urodzony scenarzysta, a nikt jak dotąd nie sprostał w pełni przeniesieniu jego powieści na film. Dodajmy – powieści może nie wybitnej, ale o wysokich standardach w swojej kategorii. Reżyser Mervyn LeRoy postawił na walory widowiskowości, sęk w tym, że film nie oferuje nic więcej. Sienkiewicz istotnie był “pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym”, ale “Quo Vadis” to coś więcej niż opisy przepychu dworu Nerona i sceny torturowania pierwszych chrześcijan. “Quo Vadis” LeRoya stoi dla mnie pod hasłem braku szacunku dla pierwowzoru manifestowanego przez spłycenie go do granic możliwości i braku zrozumienia dla powieści. Czy ktokolwiek z ekipy zadał sobie trud, żeby ją przeczytać? Nie sądzę. Rzucili Sienkiewicza lwom na pożarcie. Wybór aktorów to również gigantyczne nieporozumienie, broni się tylko Neron w interpretacji Petera Ustinova, którego kreację uważam za strzał w dziesiątkę. I tak, owszem, polska wersja też pozostawia wiele do życzenia, bo idzie w drugą skrajność – teatralność w przypadku “QV” również jest niewybaczalna. Ale z dwojga złego zdecydowanie wolę ekranizację Kawalerowicza.

Strony: 1 2 3

Przeczytaj jeszcze to

Top