Moulin Rouge
Moją niechęć zasygnalizowałam już w tekście o moich ulubionych musicalach. Bardzo lubię ten gatunek i związane z nim środki wyrazu, ale “Moulin Rouge” – moim zdaniem – pokazuje, że nawet w musicalu można przedobrzyć. Wszystkiego jest za dużo. Reżyser nie daje się nam cieszyć ani kadrem, ani piosenką – musi dziać się kilkanaście rzeczy na raz. Moim zdaniem odbywa się to drastycznie kosztem jakości. I mojego zdrowia psychicznego. Pstrokato, tandetnie, jazgotliwie, za mocno, bez wyczucia. Ja wiem, że to taka konwencja, takie czasy, ale w moich oczach efekt i tak jest przedobrzony. Szkoda, bo “Moulin Rouge” kryje w sobie niejeden smaczek i wiele ciekawych, odważnych pomysłów realizacyjnych. Wszystko to ginie w filmie. Kabaret zamienia się w cyrk. I dlaczego wszyscy tam zachowują się jak ja, kiedy przedawkuję kofeinę?!
PS. “El tango de Roxanne” bardzo lubię. Ta scena ma w sobie skupienie, którego brakuje pozostałym minutom filmu.
Kochanice króla
Natalie Portman i Scarlett Johansson – taka obsada zdawała się obiecywać wiele, zwłaszcza że spodziewałabym się odwrotnego obsadzenia postaci. Kusicielka Johansson tym razem była tą delikatną i niewinną, a subtelna Portman pojawiła się na ekranie jako Anna Boleyn, czyli ukochana przez kinematografię wyrafinowana intrygantka. Co zawiodło? Przede wszystkim Henryk VIII – słabiutki, bezbarwny i pozbawiony charyzmy. Kolejny grzech to łopatologiczne dialogi i przedobrzone postaci. Twórcy mieli do dyspozycji dwie zdolne aktorki, ale ich potencjał został zmarnowany, bo w adaptacji powieści Philippy Gregory zabrakło subtelności. Dobra i zła siostra i morał, czyli to, czego nie lubię. Potencjalnie nieoczywista i niejednoznaczna historia została sprowadzona do schematu.
Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street
Powstanie tego filmu przypadło na rok 2007 czyli czas, kiedy – w moim odczuciu – Tim Burton zaczął już zjadać własny ogon i powoli popadał w karykaturę. Dodajmy do tego zmanierowanie Deppa, który w tym czasie wychodził już z założenia, że jego deppowatość wystarczy i nie musi zbyt wiele z siebie dawać. Konwencja musicalu zobowiązuje, tymczasem dostałam niezbyt dobre i zupełnie niewpadające w ucho piosenki. Do tego w moim odczuciu słabo wykonane, miałam wrażenie, że aktorzy śpiewają siłą woli. Stylistyka ciekawa, lecz wtórna. W sytuacji, gdy libretto w znakomitej większości składa się z partii śpiewanych i melorecytacji potrzebne jest albo większe zróżnicowanie napięcia, albo więcej umiejętności aktorów. Najlepiej jedno i drugie. To, co udało się w moim przekonaniu “Nędznikom” w reżyserii Toma Hoopera (również zdominowanego przecież przez śpiew!), nie udało się tutaj. Sama byłam zaskoczona tym, jak bardzo znudziła mnie kinowa wersja “Demonicznego golibrody” i jak mało wywołał we mnie emocji.
Mała Moskwa
Festiwalowy ulubieniec wzbudził wiele ciepłych uczuć także u wielu widzów. Ale nie u mnie. W moich oczach łączy w sobie grzechy “Różyczki” i “Pamiętnika”. Koturnowość, ckliwość i sztuczność to jedno. Drugie to Lesław Żurek, który jest dla mnie tak bardzo nijaki i nieprzekonujący jako amant, dla którego główna bohaterka Wiera rzuca wszystko. I tu dochodzimy do kolejnej kwestii. Otóż mamy tutaj moralnie dyskusyjny film, jednocześnie nachalnie sugerujący widzowi, co ma myśleć. Widać to już w tendencyjnym trailerze. Intencje głównych bohaterów uświetnia rzekomo wielkie uczucie, którego ja na ekranie nie dostrzegam, ale nie w tym rzecz. Twórcy chcieli sprzedać zdradę jako miłość, co zawsze jest zadaniem karkołomnym. Ja osobiście zamiast sympatyzować z parą zakochanych współczułam ofiarom tej “miłości”, czyli mężowi Wiery i córce. Nie o to chyba chodziło reżyserowi…
Mój tydzień z Marilyn
Nie jestem przesadną entuzjastką Marilyn Monroe i jakby na złość samej sobie chętnie zapoznawałam się z interpretacjami jej życia na różnych płaszczyznach. “Persona. Marilyn” w interpretacji Krystiana Lupy czy “Blondynka” Joyce Oates zostawiły mnie z pozytywnymi odczuciami, ale raczej wobec talentu twórców niż samej Normy Jeane. Chyba najgorszym wytworem kultury z blondwłosą ikoną popkultury był “Mój tydzień z Marilyn”, a najsłabszym jej punktem okazała się Michelle Williams. Zdaję sobie sprawę, że fizyczne podobieństwo nie musi być priorytetem, ale w przypadku, gdy kreujemy ikonę kobiecości w filmie będącym biografią, a nie wariacją na temat jej życia – jest. Fizyczność to również delikatność, subtelność, cechy wiążące się z psychiką i zachowaniem. Michelle Williams ma zupełnie inne warunki fizyczne i zupełnie inny temperament niż Marilyn Monroe. Nie dopatruję się tu winy u tej skądinąd bardzo dobrej aktorki, została po prostu źle obsadzona.
Ratując pana Banksa
Tutaj mam zarzut innego rodzaju. Hanks – ten dobroduszny, poczciwy Hanks – kreuje dobrego i poczciwego Walta Disneya, dobrego wujaszka. A ta wredna niewdzięczna jędza Pamela Travers, ta zdziwaczała stara panna po przejściach, ma ciągle jakieś fochy! Och, ale to dlatego, że miała trudne dzieciństwo, a gdy z czasem zaczynamy rozumieć, dlaczego pogardziła tak wspaniałą ofertą Disneya i nie chciała przekazać mu praw do “Mary Poppins”, wspaniałomyślnie wybaczamy jej to skrzywienie. Przez taki mniej więcej tok myślenia prowadzi nas reżyser. Typowo hollywoodzkie kreowanie świata. Uwielbiam filmy Disneya i chylę czoła wobec jego geniuszu. Ale nie jest tajemnicą, że legendarny producent filmowy był postacią niejednoznaczną. Padały już oskarżenia o seksizm, antysemityzm, wykorzystywanie swoich pracowników, mizoginizm i trudny charakter. W obliczu tylu kontrowersji można by było pokusić się przynajmniej o delikatne zróżnicowanie jego charakteru. A sama Pamela Travers – owszem, wszystko wskazuje na to, że była tak specyfyczna, jak jej filmowe wcielenie (znakomicie zresztą wykreowane przez Emmę Thompson), ale czy jej obawy o adaptację książki rzeczywiście były tak irracjonalne, jak sugeruje nam film? Śmiem wątpić. Mamy tutaj do czynienia z klasycznym i według mnie nieco bezczelnym przekłamywaniem rzeczywistości w imię utrwalenia hollywoodzkiej legendy.
Lista Konrada:
Avengers
K: Powiedzmy, że ten film reprezentuje kilka filmów Marvela. Seria bajek dla dzieci, która ani nie trzyma w napięciu ani nie pokazuje czegoś nowego. Ze wszystkich tych komiksowych historii Avengers najbardziej lubię trzecią część „Iron Mana” i drugą „Kapitana Ameryki”. Co je łączy? Pewien realizm i odejście od poetyki Power Rangers. Ciężko mi traktować poważnie produkcję, w której jest kilku superbohaterów z bardzo rożnych światów (dosłownie). Gdyby to miało przynajmniej jakąś ciekawszą fabułę lub wyższą kategorię wiekową, to może dałoby się to oglądać bez skrzywienia.
15 thoughts on “19 filmów, które lubią wszyscy… oprócz nas”
Comments are closed.







Z tych filmów, które podobno wszyscy lubią, mi się podobał jedynie ,,Mój tydzień z Marlin”, był całkiem znośny, ale co fakt, to fakt, że aktorka, która grała rolę Marlin mogła być inna. Co do reszty mam podobne odczucia 🙂
He, he, uśmiałem się. Rzeczywiście większość tych filmów ciężko jest obejrzeć. Co do niektórych to tylko chyba z sentymentu można podejść. Z Idą się zgodzę i pewnie dorzuciłbym jeszcze trochę innych problemów z tym filmem. No cóż życie. Pozdrawiam i dzięki za wpis.
Krzysztof
http://www.naturawkadrze.pl/
Ciekawe podejście 🙂 Interesujące zestawienie
Z wymienionych znam tylko Małą Moskwę, ale szczerze to jakoś średnio mi przypadła do gustu. A co do reszty filmów to jakoś opisy i Wasze opinie nawet mnie nie zachęciły do obejrzenia.
Cóż, nie taki był ich cel 😀
Oglądałam jedyni Pamiętnik i mi się nie podobał. Nie lubię takich filmów 🙂
Hahaha, niezłe zestawienie 😉 Quo Vadis faktycznie straszne, ale on chyba ludzi i krytyków filmowych tez nie zachwycił 😉
Na Filmwebie ma całkiem przyzwoitą notę 7.0 😉
serio? ooooo masakra 😀
Na całej tej liście jest tylko jeden film, który można powiedzieć że lubię, a właściwie lubię jego reżysera Tima Burtona, więc chyba to nie do końca jest tak, że lubią je wszyscy.
Tak jest, dlatego na początku zaznaczyliśmy, że jest to świadome uogólnienie – piszemy tutaj o filmach, które lubi i ceni większość osób w naszym otoczeniu oraz/lub mają dobre i bardzo dobre noty np. na Filmwebie 🙂
Co do opisu „Pod mocnym aniołem” pełna zgoda. Też tak miałem…
Hm i dało mi to do myślenia, że oprócz Star Wars i Władcy Pierścieni, chyba jest więcej kultowych produkcji, które powinnam nadrobić… Z tych, które tu wymieniacie znam jedynie Spirited Away, Avengers i Hobbita. Do reszty mnie nawet nie ciągnie, choć myślałam, że znajdę w tym zbiorze kolejne tytuły, które będę mogła sobie machnąć dziś wieczorem 🙂 Jednak nie. Jeśli chodzi o Hobbita, próbowałam przeczytać książkę, podchodziłam do niej dwa razy i jak dotąd bezskutecznie. Najdalej doczytałam do spotkania tych wielkich trolli (chyba trolli?), które chciały pożreć bohaterów. Fakt, że z wojną (luby, który Hobbita kocha, mówi, że tam żadnej wojny na końcu nie było) trochę przesadzili, bo w pewnym momencie zaczęły mi się mieszać tytuły i zastanawiałam się czy to Hobbit czy Władca Pierścieni 🙁 Choć ogólnie zarówno Władca, jak i Hobbit bardzo mi się podobali i nawet oglądałam kilka razy 🙂 Ale co do Avengersów.. Cóż. UWIELBIAM tę serię, wszystkie części, Ironmana, Thora, Kapitana Amerykę, po prostu wszystkich 🙂 Uwielbiam dialogi między nimi, które często doprowadzają mnie do śmiechu,ich zdolności i nadprzyrodzone moce, latający młot i wielką, zieloną bestię 🙂 Taki mój gust, a podobno w każdym z nas zostaje odrobina dziecka 😉 Pozdrawiam Was serdecznie!
P.S. A w kwestii Spirited Away polecam gorąco Hauru <3 🙂