Loading

K: Ja wręcz przeciwnie. Wystarczyło mi, że film robią producenci i scenarzysta „Bogów” (który to już raz o nich wspominam?), by być dobrej myśli. Otrzymałem mniej więcej to, czego oczekiwałem.

O: Jeszcze tylko pozwolę sobie na doprecyzowanie moich animozji dotyczących erotyczno-anatomicznego humoru w filmie: w jego trakcie nie irytowało mnie np. rzucone w szczerym gniewie: “ch**a sobie pan zamknij” czy sympatyczne świntuszenie przy ognisku. Na nerwy działają mi natomiast żarty, których finał znam w momencie, gdy pada pierwsze słowo. Tych było kilka, niestety. Szczęśliwie utonęły w morzu naprawdę dobrych dialogów.

Sztuka kochania 6 para na film

K: Nie jest to produkcja równie wybitna co “Bogowie”, bo i nie ma aż tak wyśrubowanego tempa, licznych dowcipów, one-linerów i bardziej wielowymiarowego bohatera, ale to i tak jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat, a z pewnością najodważniejszy: nie ma wyciemnień podczas rozbieranych scen, a jest ich naprawdę dużo.

O: Jeśli “Bogowie” reprezentują poziom Olimpu to “Sztuka kochania” momentami sięga, może nie szczytów, ale wyżyn polskiej kinematografii. Filmowa Michalina Wisłocka jako pełnokrwista heroska – kobieta, która walczyła, pomagała innym kobietom, popełniała błędy, krzywdziła i była krzywdzona, kochała i cierpiała – moim zdaniem momentami niemal dotrzymuje kroku Relidze w interpretacji Tomasza Kota (choć w innych aspektach film rzeczywiście nie ma tej niesamowitej energii co produkcja w reżyserii Palkowskiego).

Sceny erotyczne w “Sztuce kochania”, jak przystało na tematykę, rzeczywiście są odważne, naturalne i bardzo prawdziwe – zarówno gdy widzimy te nieudane, krępujące zbliżenia bez obopólnej satysfakcji, jak również w scenach radosnego i impulsywnego seksu. Sam film nie okazał się jednak na tyle odważny, żeby wspomnieć np. o aborcjach Wisłockiej – może dlatego, że w Polsce to ciągle obyczajowe tabu. Na szczęście znalazło się za to miejsce dla skomplikowanych i niejednoznacznych relacji w życiu seksuolożki. I pokazania jej seksualności. W końcu, jak miała powiedzieć ona sama, “ślepy o kolorach nie napisze”.

K: Swoją drogą, to ciekawe czy Magdalenę Boczarską zatrudniono dlatego, bo już w „Różyczce” pokazała, że nie boi się nagich scen i nie będzie protestować na planie?

Sztuka kochania para na film 2

O: Magdalena Boczarska ma lwią część zasług, jeśli chodzi o końcowy efekt “Sztuki kochania” i wreszcie przekonała mnie do siebie (za wychwalaną “Różyczką” nie przepadam – tak, wiem, że jestem w mniejszości). Niech za wszystkie moje słowa uznania posłuży opinia córki pani Michaliny, która w jednym z wywiadów przyznała, że momentami naprawdę miała wrażenie, że na ekranie widzi własną matkę. Znakomitej roli dopełniła świetna stylizacja, odzwierciedlająca aurę i oryginalny styl Wisłockiej – uznawanej przecież przez niektórych za jedną z najgorzej ubranych Polek. Mam jedno zastrzeżenie: niedostateczne postarzenie bohaterki, gdy ta znalazła się w wieku senioralnym. Gdyby nie różnica w ubiorze i sygnalizowany czas akcji, byłoby trudno rozróżnić Wisłocką po trzydziestce od Wisłockiej po pięćdziesiątce. Ale poza tym – chapeaux bas.

K: Tak, cały film wzięła na swoje plecy Boczarska i spokojnie sobie poradziła z tą niełatwą rolą. W zwiastunie wydawało się, że pójdzie w stronę kabaretowej wieśniaczki, ale ta nawet przez moment nie jest (niezamierzenie) śmieszna, a bardzo dobrze wpasowała się w rolę wygadanej „baby z jajami”. Tutaj zresztą drugi plan i epizodyczne występy są przynajmniej dobre. Adamczyk wreszcie zagrał coś więcej, a nie kolejną nudną rolę w kiepskiej komedii, Eryk Lubos ze swoją nieoczywistą fizjonomią ma tę energię, która buduję nie tylko chemię między jego bohaterem, a Wisłocką, ale też na chwilę zdejmuje z Boczarskiej cały ciężar filmu. No i jak zwykle genialny Jakubik i Artur Barciś jako niepewny siebie cenzor.

O: O tak, zwłaszcza Eryk Lubos nie przestaje mnie zaskakiwać i zachwycać swoją wszechstronnością. Między granym przez niego bohaterem a filmową Wisłocką iskrzy od pierwszego spotkania, aż chce się zanucić: “a gdy się zejdą raz i drugi kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością…”. Jakby mało było tych życiowych komplikacji w życiu bohaterów, sam film ma achronologiczny porządek, który zdaje się odzwierciedlać bałagan w życiu Wisłockiej. Na końcowy efekt składa się nie tylko kompozycja filmu, ale również przemyślane kadry i montaż umiejętnie podkręcający naszą ciekawość, pozwalający na uniknięcie grzechu przegadania (scena chrztu przeplatana scenami porodu – coś wspaniałego!).

K: I do tego twórcy czują współczesne kino. Znalazł się tutaj jeden mastershot (jedno długie ujęcie), który ostatnio jest tak modny. Może nieszczególnie efektowny, ale jest! Poza tym urzekł mnie crossover z filmem “Bogowie”, niczym jeden z filmów z serii “Avengers”, w których krzyżują się poszczególne postaci. To dobre, nowocześnie zrobione kino. I jeśli, drogie Panie, chcecie swoich chłopaków zabrać na walentynki na jakiś film, to błagam – niech to będzie “Sztuka kochania”, a nie badziew pokroju kolejnych “50 twarzy Greya”. Jeden z tych filmów może nawet do nich przemówi – zgadnijcie, który.

Ocena Olu – 8/10
Ocena Konrada – 8/10

Strony: 1 2

21 thoughts on “Miłość w czasach PRL. Sztuka kochania – nasza recenzja

  1. Nie lubię filmów w klimacie wojennym. Jednak ten wydaje się być ciekawy.
    Pozdrawiam,annnathalie.blogspot.com

  2. Biję się z myślami czy iść na ten film, ale chyba poczekam aż będę sobie mogła go legalnie obejrzeć w domu. Jestem świeżo po przeczytaniu książki. Naprawdę starałam się patrzeć na nią z perspektywy „tamtych czasów”, ale kilku zdań autorce po prostu nie mogę wybaczyć. Może nie autorce, ale tym którzy ją teraz ponownie wydali – rozdział o antykoncepcji jest uzupełniony, więc krótkie sprostowanie innych, bardzo krzywdzących dla kobiet (m.in. podejście do gwałtów) też wydaje mi się konieczne.

    1. Rozumiem Cię doskonale, bo ja również nie jestem w stanie gładko przejść przez tak oburzające i niepokojące sugestie dotyczące np. prowokowania kobiet do gwałtu. Niestety ten „pogląd” w gruncie rzeczy został obalony i rzucony w ogień krytyki dopiero niedawno, a i tak (o zgrozo!) czasem jeszcze trafia się ktoś z takim podejściem. Przykre to bardzo, ale w tej kwestii niestety Wisłocka po prostu nie była rewolucjonistką, mechanicznie powielała to szkodliwe przekonanie. Niestety nie była wyjątkiem w takim postrzeganiu świata, ono wówczas dominowało… Na jej usprawiedliwienie natomiast przemawia fakt, jak wielu parom pomogła na gruncie erotyczno-praktycznym, jak pomogła kobietom doświadczać własnej seksualności. Na tym gruncie była pionierką, nie na gruncie światopoglądowym. // Olu

  3. Z tą książką miałam podobnie! Tylko u babci ją znalazłam .-) Film koniecznie muszę zobaczyć. Choć teraz mam etap niekinowy życia (małe dzieci). Dobrze piszesz!

    1. DziękujeMY, bo jest nas dwoje i akurat powyższy tekst zmajstrowaliśmy razem 😉 Książka rzeczywiście swego czasu znajdowała się chyba w większości polskich domów. Zachęcamy gorąco do odwiedzenia kina, jeśli uda Ci się znaleźć chwilę dla siebie 🙂

  4. Nie czytałam książki, a i zwiastun filmu jakoś mi się w oczy nie rzucił jeszcze. Do kina się raczej nie wybiorę, obejrzę w domu jak będzie dostępny.

  5. Tyle dobrego przeczytałam o tym filmie, zatem pomimo wcześniejszych wątpliwości, chyba jednak go zobaczę. Nie do końca akceptuję „przaśność” prl-owskich żartów, ale skoro to tylko margines, to już się nie będę obawiać 🙂

  6. Filmu jeszcze nie widziałem, ale już zaliczyłem kilka zaskoczeń. Po pierwsze osoba reżyserki, bo myślałem, że M. Sadowska pozostanie piosenkarką i autorką niż zacznie pracę w zawodzie wyuczonym. Po drugie – odtwórczyni głównej roli, bo jednak Boczarska jest ładna, a Wisłocka, hmmm. ładna mniej… Wydaje się, że obie sprawy wyszły filmowi na dobre. A sama Wisłocka, no cóż… sam pamiętam z dzieciństwa, a nie jestem bardzo młody, że na jej dźwięk jej nazwiska rodzice uciekali do kuchni z pilną potrzebą zrobienia herbaty. Dziś Wisłocka też może uchodzić za rewolucjonistkę, bo ona nie napisała podręcznika technik seksualnych, prawda? Tylko poradnik o miłości.

    1. To prawda, ona chciała przekazać swoim przyszłym czytelnikom, że seks może być wspaniałą formą okazywania sobie uczuć 🙂 A co do Sadowskiej – miałam podobny przebłysk zdziwienia, gdy obejrzałam „Dzień kobiet”. Wcześniej nie kojarzyłam jej nazwiska z branżą filmową, a tu taka miła niespodzianka 😉 // Olu

  7. Po obejrzeniu filmu mam podobne spostrzeżenia co Wy. Boczarska świetnie poradziła sobie z rolą, na drugim planie bryluje Lubos, Wasilewska (!) i Adamczyk, więc nawet małe zgrzyty scenariuszowe mi nie przeszkadzały. Rozumiem, że w zamierzeniu twórców było stworzenie filmu, który dorównałby albo nawet i pobił sukces „Bogów”, dlatego nie mogło zabraknąć pieprznych, czasem przaśnych dialogów i „momentów”. A dla mnie, osoby 23-letniej która nie znała Wisłockiej ani jej książki, film przybliżył biografię tej niezwykłej kobiety i jej osiągnięć. Teraz zabieram się za lekturę „Sztuki kochania” 🙂

  8. Słyszałem, że film, mimo wszystko, jest dość pretensjonalny i zachowawczy, mimo seksu i seksu, a potem większych ilości seksu. Zresztą, chyba jednak zrezygnuje, bo wydaje mi się, że ten seans to będzie to połączenie nudy i żenady. Martwi mnie jednak fakt, że promują przy tej okazji książkę Wisłockiej jako rzetelne źródło informacji co jest nie tylko głupie, ale i niebezpieczne.

    1. Zgadzam się co do tego aktualnego promowania książki. Nie umniejszam zasług Wisłockiej, ale to absolutnie nie jest dobra pozycja dla młodych ludzi.

  9. Widziałam film, wyszłam z kina poruszona niezbyt szczęśliwym życiem bohaterki, a zarazem jej siłą i wolą pomagania kobietom. Film polecam!

Comments are closed.

Top