Loading

„Jackie” to filmowe oszustwo na kilku poziomach: historycznym, aktorskim i artystycznym. Udaje coś, czym nie jest, ale robi to – trzeba mu przyznać – imponująco. Nabrał już wielu krytyków, ale nie ze mną te numery, filmie!

ZRÓBMY FILM! ALE NIE WIEM O CZYM

Teoretycznie „Jackie” opowiada o kilku godzinach, a później dniach po zabójstwie Johna F. Kennedy-ego – 35. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Oglądamy wywiad z wdową i byłą pierwszą dama Jacqueline Lee Kennedy, w którym wraca do samego zamachu na swojego męża i tego, co robiła tuż po nim. Jak wskazuje sam tytuł, całość w stu procentach została poświęcona Jackie. Nie sprawdzałem, ale mógłbym się założyć o małe piwo, że nie było nawet jednej sceny, w której by się nie pojawiła.

jackie para na film

Część widzów i krytyków film szumnie określa mianem biografii pierwszej damy, a w rzeczywistości mamy tutaj pokazanych zaledwie kilka dni jej życia i to w dodatku bez wdawania się w kontrowersje i niewygodne tematy. Szeroko znana jest chociażby skłonność do romansów jej męża i tutaj ten wątek pojawia się na kilka sekund i to nawet nie dosłownie, gdy Jackie mówi coś takiego: „Czasami wychodził na pustynię, gdzie kusił go diabeł, ale zawsze wracał do domu”. I to tyle. Chyba twórcy nie poszli dalej, bo to jedna z ulubionych par w historii Ameryki, więc woleli ich nie wkurzyć, a wręcz przeciwnie – z premedytacją postawili na film-pomnik.

Swoją poddańczość wobec kultu Kenneddych próbują maskować „artystycznymi” zabiegami. Kobieta płacze pod prysznicem – straszna klisza, która tutaj robi za wstrząsający obrazek. Podobnych pseudoartystycznych zabiegów w filmie nagromadzono więcej i ich efektem jest jedynie wręcz niewyobrażalna nuda. Mamy tutaj Jackie, która idzie (jest pokazana od tyłu), idzie i idzie. Później Jackie znowu idzie (jest pokazana z przodu), idzie i idzie. Nie wnosi to kompletnie niczego, a hit w kategorii bezsensownych scen jest jeszcze przed nami. Twórcy wymyślili sobie, że odtworzą z udziałem Portman film dokumentalny, w którym Jackie oprowadza dziennikarza po Białym Domu. No i co jakiś czas mamy prezentowane fragmenty czarno-białego dokumentu – jaki jest tego sens, nie mam pojęcia, bo do niczego to nie prowadzi i jest wrzucone wręcz w losowych momentach filmu.

Silenie się na artyzm widać też w próbie złapania kilku srok za ogon. Bo jeśli nie biografia, to co? Może film o żałobie tuż po śmierci męża i próbie poradzenia sobie z tym? Poza nagłośnieniem sprawy, Jackie przeżywa tutaj podobny dramat jak wiele osób po stracie kogoś bliskiego i z jakiegoś powodu film chce nam przekazać, że ona miała gorzej. Czy jest to uczciwe podejście, gdy inni w tak dramatycznych chwilach sami muszą zorganizować pogrzeb, a w jej przypadku czuwa nad tym cała administracyjna machina i równie dobrze mogłaby niczego nie robić?

Widać też pokusę, by zrobić z tego film o wielkiej miłości, której nawet śmierć nie jest w stanie zakończyć. Twórcy chyba jednak, znając prawdziwą historię, sami uznali, że to już lekka przesada, więc ostatecznie to kolejny urwany wątek i pomysł, który do niczego nie prowadzi.

Chyba najbliżej znalezienia historii do tego filmu były momenty, w których sama Jackie lub jej szwagier obawiali się dziedzictwa, jakie po sobie zostawią i czy uda im się zapisać w historii, czy ich nazwisko po latach coś będzie znaczyło. Niestety potraktowano to po macoszemu i wspomniany szwagier pojawia się na krótko i zaraz znika ustępując pola pierwszej damie, która ma tutaj grać pierwsze skrzypce i nikt nie będzie jej tego odbierał. Równolegle do kin wszedł „McImperium” – tam podobny wątek został poruszony gdzieś między wierszami, a siłę oddziaływania ma po stokroć większą.

Strony: 1 2

Przeczytaj jeszcze to

Top