EUROPA EUROPIE
Idea konkursu, jak to idea, może wzbudzić najwyższą formę uznania, zwłaszcza współcześnie. W końcu – jak często w zamerykanizowanym świecie słyszymy nieanglojęzyczne piosenki? Pół biedy, jeśli są to popularne kraje Europy zachodniej – w dobie internetu kopanie w ich kulturalnych zasobach jest kwestią dobrych chęci. A co ze Słowenią, Estonią czy Azerbejżanem? Wszystko jest w internecie, powiecie. Owszem, ale tutaj na przeszkodzie swobodnych poszukiwań staje bariera językowa, a ponadto powiedzmy sobie szczerze – ilu z nas podjęła takie samotne wyprawy po wiedzę? O ilu talentach, objawieniach z różnych zakątków Europy, nie dowiemy się nigdy? Czy wreszcie – ile wybitnych polskich talentów pozostaje nieodkrytych dla świata?
Plan był taki: dzięki powołanemu w 1955 roku Konkursowi Piosenki Eurowizji Europejczycy mieli usłyszeć, co najlepszego do zaoferowania mają… Europejczycy. A rok później nastała Eurowizja i mogliśmy obserwować brutalną konfrontację tej idei z podłożem. OK, nie do końca. Nie zawsze było źle. Ba, teraz też nie zawsze jest źle! Dlaczego warto przywoływać te będące w mniejszości fajne występy? A dlatego, że dla dobrych twórców pojawienie się w takim miejscu to ryzyko zbrukania dobrego imienia i nie wszyscy wychodzą z tego obronną ręką.
NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO – czyli o przeroście treści nad formą
Pierwsza edycja konkursu odbyła się w 1956 roku. Zarówno wówczas, jak również podczas najbliższych kilku lat Eurowizja w żaden sposób nie przypominała obecnej. Oszczędność środków wyrazów, marginalna scenografia, a na scenie głównie soliści – to wszystko powoduje, że początkowo punkt ciężkości występu przesunięty był ku słowu. Oczywiście zastanówmy się dwa razy, zanim rozpłyniemy się w sentymentach i założeniach, że każda z tych piosenek miała tekst na miarę Jacquesa Brella. W każdym razie było bardziej lirycznie niż przebojowo.
Ale jest i przebój. Zna go prawie każdy w różnych wykonaniach. 1958 rok i “Volare”, a tak naprawdę “Nel Blu Dipinto Di Blu” w wykonaniu włoskiego wokalisty Domenico Modugno, miejsce trzecie. Nie mylić z “Blue Da Ba Dee” skądinąd również włoskiego autorstwa. Nieskomplikowany tekst, prostota, ale również ekspresja zwiastują nowe trendy na Eurowizji, które staną się normą dopiero za kilka lat.
W 1965 roku wygrywa śliczna blondynka śpiewająca inaczej niż inni – bez zadęcia, spontanicznie, bardziej koncentrując się na opowiedzeniu historii. Naturalna, czarująca France Gall reprezentująca Luksemburg zajmuje pierwsze miejsce z piosenką “Poupée De Cire, Poupée De Son”. Autorem tekstu jest sam Serge Gainsbourg. A kryje się za nim nieco więcej. Jedna z bardziej popularnych interpretacji wskazuje na ironiczny charakter tekstu. Nastoletnia France wesoło śpiewa o tym, że jest “lalką z wosku, lalką dźwięku”, która… nie rozumie tego, o czym śpiewa (chodzi m.in. o relacje damsko-męskie), bo skromny bagaż doświadczeń jej na to nie pozwala. Pytanie: czy France Gall zdawała sobie sprawę z przesłania i czy stary wyga Gainsbourg rzeczywiście pozwolił sobie zakpić z festiwalowej konwencji za pośrednictwem młodziutkiej wokalistki, notabene córki swojego kolegi po fachu (Roberta Galla). Dodajmy, że francuska artystka do dziś odmawia wykonywania “Poupée De Cire…”. Spekulacje dodają smaczku tej niejednoznacznej, a zarazem tak przyjemnej dla ucha piosence.
I znów – melodia jest o wiele bardziej znana niż jej tytuł. Piosenka ma w sobie coś uzależniającego i sprawia, że chce się do niej wracać. Mój osobisty eurowizyjny faworyt, mimo że wykonanie wcale nie jest perfekcyjne.
W drugiej połowie lat 60-tych pierwszy raz widzę jakiś bardziej energiczny ruch na drugim planie… czyżby scenografia ożyła? Ożywiają się również wokaliści, prezentowane utwory są coraz lżejsze: mniej Ew Demarczyk, więcej Jerzych Połomskich i Kaś Sobczyk. Na Andrzejów Rosiewiczów nie przyszedł jeszcze czas, ale w latach 67-68 pierwszy raz ktoś energicznie poruszył się w rytm muzyki! A tym szalonym rewolucjonistą był Cliff Richards, który w 1968 roku zajął drugie miejsce z piosenką “Congratulations” – jednym z bardziej znanych eurowizyjnych hitów. Miły dla ucha, reprezentujący wręcz bezwstydny stopień prostoty, w przeciwieństwie do wielu współczesnych utworów z czołówki wpadał jednak w ucho. 5 lat później Richards powtórzył swój wynik na festiwalu.
Zarówno piosenka Richardsa, jak również inne kandydatki (w ich tekstach coraz więcej onomatopei i radosnych okrzyków, a coraz mniej samych słów) zwiastują przeniesienie punktu ciężkości z tekstu na całą resztę, czyli show. Coraz weselej i energiczniej, a nawet jeśli grane są utwory liryczne to prawie wszyscy się uśmiechają. Wprawdzie w 1969 roku wygrywa artystka “w starym stylu”, nawet nieco podobna do Ewy Demarczyk Francuzka Frida Boccara, ale w lata 70-te Eurowizja wkraczała już z ekspresją, którą znamy chociażby z festiwalu w Opolu. Dość odważne stroje, minispódniczki, stylizacje hippisowskie. Równocześnie uderza naturalność wyglądu wykonawców – minie jeszcze wiele czasu, zanim zaczną przypominać androidy. Na scenie pojawiają się również chórki.
Uwaga, w 1970 roku 4. miejsce na Eurowizji zajmuje Iglesias. Iglesias senior. Julio Iglesias, tata Enrique, na punkcie którego pod koniec lat 90-tych szalały niektóre dziewczęta z mojego pokolenia (ja nie). Enrique miał odziedziczyć swoje talenty po rodzicielu. Oto i on:
W 1974 roku gospodarza Eurowizji, Wielką Brytanię, reprezentuje młodziutka Olivia Newton-John z piosenką „Long Live Love”. Czwarta lokata za mało interesującą piosenkę wydaje się być wysoką pozycją i dowodzi, że najlepsze czasy były dopiero przed Olivią – nadeszły wkrótce wraz z musicalem “Grease”.
Na następnej stronie m.in.: Abba i jej naśladowcy, pierwsi eurowizyjni kosmici oraz co zmąciło sukces Edyty Górniak.
12 thoughts on “Europa da się lubić, czyli eurowizyjne guilty pleasure”
Comments are closed.

Można jeszcze na UCZESTNIKA SZALONEJ ZABAWY NAUK SPOŁECZNYCH, umiejscawiając każdy z utworów w jakimś chorym kontekście kulturowym i zastanawiając się nad psychologicznym aspektem każdego z uczestników, przegryzając to socjologicznym bełkotem o tym, jaki wpływ ma ten konkurs na społeczeństwo Polecam, 100/12 zabawy
Kusząca propozycja! Jeśli w tym roku się przemogę i obejrzę finał, wykorzystam Twoją metodę 🙂 // O.
A ja Eurowizję lubię. Nie zawsze oglądam, w tym roku nawet niespecjalnie się tym interesuję, ale kocham muzykę i lubię jej posłuchać w takim wydaniu. Zwisa mi, czy to wstyd i obciach, dla mnie Eurowizja ma coś w sobie i kojarzy się z latami ’90, kiedy zasiadałam przed TV z mamą i bratem i ekscytowałam się ideą głosowania międzynarodowego 🙂
Podejście tyleż rzadkie, co zdrowe 🙂 Coś w tym jest, też mam kilka wspomnień z Eurowizją w tle. // Olu
Ostatnio prześledziłam wszystkie wygrane i rozwój Eurowizji przez te 50. lat. Tegoroczna wygrana to dla mnie taki mały powrót do początków historii tego konkursu, kiedy dominował minimalizm. Odnoszę wrażenie, że Eurowizja 2017, z małymi wyjątkami i z tą całą jej różnorodnością muzyczno – kulturową miała poziom dobrej 4, jak na taką ilość krajów. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Ja serio pierwszy i ostatni raz oglądałam Eurowizję jak śpiewała Górniak.
Nie przepadam z Eurowizją 😉
Oglądałam jako dziecko – tę jedną edycję, kiedy Edyta zajęła drugie miejsce 😉 I sądząc po doniesieniach medialnych przez ten czas chyba zbyt wiele nie straciłam 😉
Ja z dzieciństwa pamiętam występ Anny Marii Jopek – zauroczył mnie wtedy, ale nawet z perspektywy dwudziestu lat wzbudza we mnie same ciepłe uczucia 🙂 https://www.youtube.com/watch?v=piD3PP1QDBQ
A co do Edyty – zawsze mam ciary, moim zdaniem wybijała się spośród innych, zdecydowanie.
Oglądam prawie rok w rok, z miłości do muzyki, ciekawości. Uczestnictwo Polaków w tym konkursie nie ma na to żadnego wpływu.
Doskonale pamiętam czasy Lordi, Brainstorm:)
To dzięki Eurowizji przez 1,5 roku non stop zapętlałam Loreen. Z resztą do dziś cenię ją jako artystkę, jej aktualne utwory wywołują ciarki, nie mniejsze od Jamali.
Poza tym najlepsze piosenki po konkursie sztormują nasze listy przebojów i stacje radiowe.
Ps. Dziękuję za ten wpis i tę nutkę historii.
Pozdrawiam,
M.
Dobre przykłady – każdy z wymienionych przez Ciebie artystów po Eurowizji rozwinął skrzydła 🙂 Dzięki za cenny głos w sprawie i miło, że przedstawiony przeze mnie rys historyczny festiwalu Cię zainteresował – obawiałam się, że nikt przez niego nie przebrnie z uwagi na objętość 😀
Bo żeby przez niego przebrnąć trzeba być prawdziwym fanem Eurowizji ! :))