Listy do M.
K: Oto właśnie wspomniana kopia „To właśnie miłość”. To jednak nie remake, a zupełnie nowa historia, ale jest jasne jak słońce, że twórcy z poprzednika czerpali pełnymi garściami. Swoją opowieść nieco ugrzecznili, więc „Listy do M.” mogą obejrzeć także dzieci. To także ogromny kasowy sukces, bo w kinach film widziało ponad 2,5 miliona widzów. Po serii fatalnych polskich komedii romantycznych, ten połowiczny plagiat ogląda się naprawdę dobrze. Tutaj też udział wziął cały polski gwiazdozbiór: Tomasz Karolak, Piotr Adamczyk… No dobra, już nie robi takiego wrażenia.
O: Czy to plagiat “To właśnie miłość”? Nieee, wcale. Cóż, momentami trudno oprzeć się temu wrażeniu. Nawet plakat jest, hmmm… zastanawiająco podobny. Właściwie można by uznać, że to remake. Ale nie oszukujmy się: potrzebowaliśmy naszego “Love, actually”. A kraść też trzeba umieć – i twórcy “Listów do M.” tę sztukę posiedli. Ich zapożyczenia raczej nie rażą, od tych dialogów, o dziwo!, nie puchną uszy. Udana polska lekka komedia świąteczna bez zadęcia – mamy to! Podobno dwójka ledwie daje się oglądać – chyba się nie odważę.
Opowieść wigilijna Myszki Miki
K: Ponadczasowa historia o tym, dlaczego złe postępowanie prowadzi do samotności, a dobro jest ważniejsze od pieniędzy, doczekała się wielu ekranizacji. Jedną z sympatyczniejszych jest ta ze znajomą Myszką Miki w tradycyjnej kresce 2D. To dowód na to, że nie potrzeba wielkich nazwisk, ogromnego budżetu i nowoczesnych środków przekazu, by stworzyć ciepłą opowieść. Ogląda się to trochę jak spektakl z udziałem znajomych postaci z kreskówek. Historia nie odchodzi daleko od oryginału, a i tak wciąga – idealna dla całych rodzin.
O: Wydaje się nieprawdopodobne, ale to już 173 lata, od czasu, kiedy Karol Dickens napisał opowiadanie, które jest jednym z najczęściej adaptowanych tekstów literackich. W przeróżnych wariacjach i konwencjach. Animacja wydaje się być jednym z bardziej ryzykownych posunięć. Wyłożył się na tym choćby Zemeckis i nie pomogło nazwisko Carreya w obsadzie. Disney bazując na sztandarowych postaciach opowiedział tę historię bezpretensjonalnie i wzruszająco. A przede wszystkim – któż jest idealnym Scrooge’m, jeśli nie Sknerus MCKwacz?
Opowieść wigilijna Czarnej Żmii
K: W przeciwieństwie do poprzedniej ekranizacji, tutaj oryginalną historią twórcy bawią się na całego. Wszystko jest na odwrót, a więc główny bohater z dobrego zmienia się w złego, bo tak jest wygodniej i – co nie mniej istotne – ma to swoje historyczne uzasadnienie. Nie ma w tym filmie tego ciepłego, świątecznego nastroju, są za to bardzo udane gagi i czarny humor. Wszystkim, którzy znudzili się oryginalną opowieścią, to z pewnością będzie ciekawa alternatywa – może nawet bardziej, niestety, życiowa.
O: Tu mamy zgoła inne, bo kreatywne, przewrotne i iście brytyjskie, podejście do klasyki. Dobremu, szczodremu do bólu i wykorzystywanemu przez społeczeństwo Ebenezerowi Czarnej Żmii ukazują się duchy pokazujące mu zachowania jego przodków. W serialu Czarna Żmija jest takim właśnie skąpym łotrem, więc być może dlatego tradycyjne przedstawienie losów Scrooge’a twórcy uznali za pójście na łatwiznę. I chwała im za to! Nie trzeba znać serialu, żeby się dobrze bawić, ale można podchwycić ten klimat i się nim zarazić. Od tej świątecznej produkcji rozpoczęła się moja przygoda z “Czarną Żmiją” i obejrzałam wszystkie sezony.
Zabójcza broń
K: Nie ma lepszej kumpelskiej serii. Koniec i kropka. Wszystkie cztery części „Zabójczej broni”, to kino rozrywkowe najwyższej próby. Najbardziej lubię dwójkę, ale i „pilot serii” jest także udany. Czasami zapomina się, że pierwsza część rozgrywała się podczas świąt i Boże Narodzenie nie było tylko nieistotnym tłem. Nie wiem, z czego wynika, że wszyscy pamiętają o „Szklanej pułapce”, a o „Zabójczej broni” już niekoniecznie. Dwa przeciwstawne charaktery bohaterów odgrywanych przez Mela Gibsona i Danny’ego Glovera, dobra fabuła i udane żarty to znaki rozpoznawcze, które inni ciągle próbują kopiować.
Cud na 34. ulicy
O: Co byście zrobili, gdyby brodaty pan zatrudniony w centrum handlowym w okresie świątecznym uparcie podawał się za Świętego Mikołaja? Raczej trudno byłoby nam potraktować go poważnie. Trol, przestępca, pedofil? Nieszczęśliwy samotny starszy pan z chorobą psychiczną? Niezależnie jak dorośli odpowiedzą sobie na to pytanie, taki właśnie osobnik trafia na dziewczynkę wychowaną na gruncie racjonalnego myślenia i z tezą, że Mikołaj nie istnieje. Bożonarodzeniowa magia kontra racjonalny pozbawiony sentymentów świat – od takich konfrontacji mogłyby roztopić się nawet śniegi Laponii.
Niezależnie od tego, czy jesteś typem człowieka, który przed ogromem bożonarodzeniowych zobowiązań i ciężarem tradycji najchętniej uciekłby na bezludną wyspę (Konrad), czy też radośnie i bez umiaru rzucasz się w wir świątecznych obowiązków, nakładasz sweter w renifery i ścigasz się ze sobą w liczbie zrobionych ciast (Olu) – w świątecznych filmach znajdziesz chwilę wytchnienia. Popijając likier jajeczny, umierając z przejedzenia, chowając się przed gośćmi… Każdy pretekst jest dobry, by zanurzyć się w alternatywnej świątecznej rzeczywistości. Zwłaszcza, gdy samemu jest się już zbyt zmęczonym i ociężałym, by osobiście przeżywać te wszystkie przygody, typu ratowanie gwiazdki, gonienie za miłością życia i szlajanie się z podejrzanymi duchami.
Olu i Konrad





One thought on “10 filmów świątecznych, które warto zobaczyć”
Comments are closed.