Loading

Chciałbym napisać: „Ha, utarli nosa Ridleyowi! Zawłaszczył sobie Aliena, a tutaj obok powstało coś w podobnym klimacie i dużo lepsze!”. Tylko tak średnio byłoby to zgodne z prawdą. Za dużo płaczu, przewidywalnej akcji, a za mało Sigourney Weaver biegającej w za małych majtkach, mroku i klaustrofobii.

„Life” wszedł na ekrany kin tylnymi drzwiami jak taki niepewny siebie złodziejaszek, po którym nie wiesz czego się spodziewać. Raz zwędzi paczkę fajek i pończochy, a innym razem uda mu się wynieść ze sklepu wielki diament, przy którego wydobywaniu w Afryce życie straciły przynajmniej dwie osoby. To nie szczerząca białe zęby ekipa z „Ocean’s Eleven”, wchodząca z przytupem, rzucająca błyskotliwym żartem, z planem tak doskonałym, że właściciel banku jeszcze przez wiele lat opowiada z dumą i nutką nostalgii, jak został okradziony przez ludzi z klasą. Co prawda na liście płac „Life” widnieją nazwiska takie jak Ryan Reynolds i Jake Gyllenhaaal, ale czy ktoś jeszcze rok temu wiedział o tym projekcie, ktoś na niego czekał i odliczał dni do premiery? Nie sądzę. Idziesz na taki film i niczego nie oczekujesz, nie patrzysz przez pryzmat poprzednich części, drogiej kampanii reklamowej i buńczucznych zapowiedzi. Raz będziesz pozytywnie zaskoczony, innym razem lekko rozczarowany, ale najczęściej wyjdziesz z kina i rzucisz: „No, nawet spoko. To co, idziemy do KFC?”. Takie jest życie. Taki jest właśnie „Life”.

Film na początku próbuje nas oszukać. Oto poznajemy wesołą załogę dryfującą w  kosmosie, która właśnie otrzymała tajemniczy fragment „czegoś” z Marsa. To maleńka, tajemnicza forma życia, bardziej przypominająca roślinkę, a nie inteligentnego obcego. Tak można sobie wyobrazić pierwsze odkrycie życia poza nasza planetą. W tym momencie brawa należą się ludziom od zwiastunów, bo nie zdradzili, jak z czasem zaczęło się zmieniać owe żyjątko, co potrafiło i przed czym rzeczywiście uciekała załoga. A do wyglądu i ciekawego pomysłu nie mam większych zastrzeżeń. Problem w tym, że po (przydługiej) ekspozycji zaczynamy oglądać coś na kształt kolejnego „Aliena”.

W samym „Obcym”, a szczególnie pierwszej części, klimat i gęstą atmosferę można było ciąć nożem. Tutaj twórcy poszli nieco w inną stronę. Mi osobiście nie leżała do końca zbyteczna wylewność bohaterów: zarówno ich żarciki jak i płacz. Horror, a tym głównie jest ten film, powinien jednak trochę bardziej postarać się wprowadzić pewną duszność. Ale z drugiej strony jak się zatrudnia Ryana Reynoldsa, który aktualnie żyje „Deadpoolem”, to nie jest łatwo mu dać inną rolę niż pokładowego śmieszka. Sam Jake, którego bardzo lubię, nie gra z kolei bohatera, który byłby czymś więcej niż gatunkowy standard. Jest jeszcze Rebecca Ferguson i trochę międzynarodowego towarzystwa, ale oni wszyscy razem i tak pełnią tylko funkcję hazardową, a więc widz może pobawić się w obstawianie, kto zginie pierwszy, kto drugi itd. jak to w slasherach.

Ta nadmierna płaczliwość i żarty z początku pogrzebały klimat, a dobiły go muzyka i zdjęcia. Razem chcą nam powiedzieć: „patrzcie jaki ten kosmos piękny”, a powinny przekazać: „patrzcie, jaki ten kosmos straszny!”. W ten sposób „Life” ustawiło się na pozycji przeciętniaka z aspiracjami i jako przerywnik między kolejnymi „Obcymi”, bo Scott już zapowiedział, że nie poprzestanie na jednej części. Nieoczywisty początek z czasem odchodzi i zostaje już tylko oczywista i przewidywalna jatka. Całość ratuje co prawda zakończenie, które ma w sobie także trochę czarnego humoru, ale to co jest wcześniej już widzieliśmy w zbyt wielu filmach.

Za to plusem jest to, że bohaterowie nie są kompletnymi idiotami, a scenariusz nie ma tylu dziur co „Prometeusz” (tak, znowu przywołuję Scotta). W sumie jak lubicie filmy w stylu „Aliena”, to i tutaj będziecie się bawić całkiem nieźle. Osobiście nie byłbym szczególnie zaskoczony jeśli nadchodzący „Obcy” okaże się gorszy od „Life”. Ridleyu Scott, nie daruję ci tego, że zablokowałeś „Aliena”, którego chciał zrobić Blomkamp („Dystrykt 9”) i zawłaszczyłeś sobie tę franczyzę, a sam ostatnio robisz coraz gorsze filmy. „Life” nawet nadawałby się na bezpośredniego konkurenta i ma potencjał na sequel, więc może to byłoby jakieś rozwiązanie dla twórców chcących robić „Aliena”, ale nie mających praw do tej marki. Umówmy się – kosmita mordujący ludzi w kosmosie nie jest czymś szczególnie oryginalnym. Jednak jak się zapomina o logice, to wychodzi taki „Prometeusz”, a jak się zapomina o odpowiednim zbudowaniu klimatu, to wychodzi taki „Life”.

6/10
Konrad

 

Jeśli, tak jak my, interesujesz się filmami i spodobał Ci się powyższy tekst, to polub też naszą stronę na Facebooku i zacznij nas śledzić na Twitterze.

Przeczytaj jeszcze to

  • Filmoteka SF nie jest dla każdego. Ja osobiście podchodzę bardzo ostrożnie do tego gatunku. Tego filmu nie obejrzę 🙂

  • Oglądam SF tylko ze względu na kumpla, bo lubi i często namawia „no chodźcie ze mną… sam nie pójdę” 😉 ale postaram się wybić mu ten film z głowy!

  • Dominika Rygiel

    Ulubiona kategoria filmowa mojego męża, moja niekoniecznie 😉 A jeśli jest jeszcze ckliwe i przewidywalne, to już w ogóle odpada w przedbiegach 😉

  • Wygląda ciekawie. Chętnie obejrzę 🙂

  • Qurczę ja wcześniej o tym filmie nie słyszałam- czas to nadrobić 🙂

  • Korcia Jar

    Jako że Ryan Reynolds jest moim ulubionym aktorem, to film na pewno obejrzę, jeżeli chodzi o koncepcję Life to lekko zawiedziona jestem brakiem jakiejkolwiek świeżości .

  • Pingback: Filmowy kwiecień - podsumowanie - Para na film()

Top