Loading

O ile marzec był wyjątkowo bogatym w dobre filmy miesiącem, o tyle w kwietniu mogliśmy już odetchnąć w tej gonitwie za premierami. Oto kinowe nowości obejrzane w kwietniu (i pod koniec marca), których obejrzenie w większości przypadków raczej nie odmieni Waszego życia, ale również nie powinno spowodować głębszej traumy. Ale nie martwcie się, masochiści i amatorzy mocnych wrażeń, znajdziecie tu również tytuły z podwyższonym ryzykiem wzbudzenia w Was uczucia zażenowania, któreś z poniższych filmów mogą Was również zauroczyć. Część z nich jeszcze grają w kinach, na pozostałe będziecie mogli lada moment zapolować na DVD lub streamingu. Kolejność alfabetyczna.

American Honey

Para na film - filmowy kwiecień

Nastolatka o wdzięcznym imieniu Star ucieka z naznaczonego biedą i patologią domu, by realizować swoje marzenia o lepszym życiu. Dołącza do gromadki młodych początkujących domokrążców podróżujących po Ameryce i oferujących ludziom prasę. Gdy już – podobnie jak my z Konradem – ochłoniecie po fali irytacji główną bohaterką i tą radosną ferajną, możecie zdystansować się od postaci i spojrzeć na tę historię z innej perspektywy. Dla mnie kluczowy jest jej społeczny wymiar – młodzi niepotrzebni, którzy tupetem, żartami i radosnym zagrzewaniem się do pracy, desperacko usiłują przykryć fakt, że społeczeństwo ich nie chce, nie potrzebuje i uparcie wypluwa. Że są niechciani, że tak naprawdę nie ma dla nich miejsca, a wszystkie drogi USA prowadzą ich do tego samego marnego przeznaczenia. Więc hałasują, rozpychają się, efektownie kłamią, dają znać o swoim istnieniu, robią wszystko, by było ich widać oraz – każdego dnia – walczą o przeżycie, chociaż pod przykrywką starania o lepsze życie. Karmieni amerykańskim snem zamiast porządnym jedzeniem usiłują z tego nieszczęsnego kapitalistycznego tortu uszczknąć kawałek dla siebie.

Nam Star raczej nie wcisnęłaby magazynu, ale jej charakter sprawia, że sporo osób może poczuć do niej sympatię. Jest jak niezapisana karta ze swoją naiwnością i brakiem doświadczenia. Zmysłowa i bezpośrednia, nie potrafi udawać. Z jej perspektywy oglądamy świat i gdy już ją przyjmiemy, może nam się udzielić nieco tego młodzieńczego entuzjazmu. Zauroczyły mnie te sensualne, prześwietlone kadry. Podobnie jak bezpretensjonalność scen rodzajowych – w markecie, w domach, interakcje z ludźmi. Wszystko to przesycone energią właściwą młodemu pokoleniu.

Najbardziej interesującą postacią jest jednak nie główna bohaterka – prosta do bólu dziewczyna z nizin społecznych podążająca za swoim instynktem, lecz herszt grupy, do której trafia: zgorzkniała, zblazowana i dekadencka Krystal (grana przez bardzo dobrze się zapowiadającą Riley Keough), dzierżąca obowiązki szefa z takim majestatem i surowością, jakby była oficerem, a nie przewodniczącą grupy, która wciska ludziom czasopisma. Od czasu do czasu pokazuje łagodniejsze oblicze, ale marsowa mina rzadko schodzi jej z twarzy. Jest też Shia LaBeouf i jego Jake, zawieszony gdzieś między ideami a cynizmem, interesujący i nie do końca przejrzany. Reszta osób to bohater zbiorowy. Trochę szkoda tego potencjału zróżnicowanych osobowości, ale nie oszukujmy się, film i bez tego był bezwstydnie długi.

Pozytywne wrażenie zepsuło mi kilka momentów dosłowności, niepasującej do tego impresjonistycznego klimatu. Chwilami historia nieco nuży i fabuła się rozmywa, kilka razy ma się wrażenie, że te ponad dwie i pół godziny mogły zostać spożytkowane inaczej, inaczej mogłyby być rozłożone akcenty, ale film ma w sobie magię i zalety amerykańskiego kina niezależnego.

Ocena: 7/10 

Azyl

Para na film - filmowy kwiecień

„Azyl”? To nie było już filmu o takim tytule? Hollywoodzki film o Polakach ukrywających Żydów? Kręcony… w Pradze?? To się nie może udać!  A jednak. Przy wszystkich pomniejszych niedostatkach – dialogi mogłyby być bardziej wiarygodne, a postaciom przydałoby się więcej głębi psychologicznej – reżyserka Niki Caro wychodzi z tej próby obronną ręką i produkcja pozostawia po sobie dobre wrażenie. Trudno się dziwić, skoro broni się sama historia – jedna z tych nieprawdopodobnych, których nie można by było wymyślić samej/samemu bez narażenia się na śmieszność, opowiedziana z szacunkiem i empatią. Dobrze, że z delikatnej i subtelnej Antoniny Żabińskiej nie próbowano zrobić na siłę „kobiety z jajami”. Jessica Chastain może niektórych irytować swoją egzaltacją wypisaną na twarzy (ona i Eddie Redmayne są dla mnie jak rodzeństwo), ale mnie się podoba jej wrażliwość, która tutaj sprawiła, że wypadła bardzo przekonująco.

W Polsce możemy poczuć wstyd oraz niedowierzanie, że tak mało mówiło się o rodzinie Żabińskich do tej pory i że ich losy nie doczekały się wojennej ekranizacji na rodzimym podwórku. Jednak skoncentrujmy się na pozytywach – dzięki temu, że zabrało się za to Hollywood, „Azyl” trafi do nieporównywalnie szerszego grona odbiorców. A trzeba przyznać, że film robi Polsce dobry PR.

Żeby uwiarygodnić miejsce akcji, twórcy zdecydowali się na dość kontrowersyjny i karkołomny zabieg – aktorzy mówią po angielsku ze słowiańskim akcentem. O dziwo, tym razem praktycznie nam to nie przeszkadzało w odbiorze. Możliwe, że osobom oglądającym ten film w innych krajach ten akcent faktycznie pomoże w umiejscowieniu fabuły. Warto też podkreślić, że polskie imiona, nazwy geograficzne i przezwiska aktorzy wymawiają poprawnie. Dodano natomiast dialogi w języku polskim w tle i jeśli się wsłuchacie, usłyszycie adekwatne do sytuacji rozmowy na warszawskich ulicach. Polskie szyldy, polski język w tle, polskie nazwy – być może dzięki temu nie da się zapomnieć, że to polska historia – mimo kosmopolitycznych okoliczności powstania, mimo tego nawet, że w napisach końcowych brakuje polskich nazwisk.

Ciekawostka: w filmie pojawia się też postać Janusza Korczaka. Każdy, kto wie jak wyglądał ten wybitny lekarz i pedagog (i/lub oglądał „Korczaka” Wajdy ze znakomitym Pszoniakiem), może mieć problem z przyzwyczajeniem się do wizerunku jowialnego jegomościa będącego najwyraźniej sobowtórem Jerzego Bralczyka. Ale cieszy, że nie zapomniano o tej postaci.

Ocena: 7/10

[Źródło: Fanpage Pary na film]

Bikini Blue

Para na film - filmowy kwiecień

Mieliśmy wreszcie zobaczyć oscarowego “Klienta” lub nadrobić “Amok”, ale nie wstrzeliliśmy się w godziny i oto znaleźliśmy się w kinie na tym kuriozum – niszowej produkcji polsko-brytyjskiej, autorstwa polskiego młodego reżysera Jarka Marszewskiego. Niszowej, ale z Machulskim i Bromskim jako producentami. Z wyraźną dominacją polskich nazwisk na liście płac, ale z przewagą anglojęzycznych aktorów. Do kin wabił plakat bezpośrednio nawiązujący do stylistyki z lat 40-tych i 50-tych klasycznego kina rozrywkowego: wyraziste kolory przywodzące na myśl triumfalne zaistnienie Technicoloru w filmach, charakterystyczna czcionka… W „Bikini Blue” można dostrzec ambicje połączenia pin-upowej konwencji z szarością powojennego Manchesteru. To również konfrontacja polskiej powojennej traumy i brytyjskiej codzienności. Różnice doświadczeń, a zarazem specyficzne porozumienie – te właśnie emocje znajdują ujście w polsko-brytyjskim małżeństwie Szumskich. On po próbie samospalenia i nieradzeniu sobie z wojennymi wspomnieniami przebywa w szpitalu psychiatrycznym, ona – rodowita Brytyjka – wychowuje ich dziecko. 

Łopatologiczna symbolika i przegadanie – gdyby tylko udało się nad tym zapanować, mogło być naprawdę dobrze. Sentencjonalność każdego dialogu, naszpikowanego frazesami, a nie zdaniami, była dla mnie najtrudniejsza do zniesienia. Jest też nienaturalnie, nieco niezręcznie… Historia się rwie, nie pomaga niestety mało subtelne objaśnianie fabuły ustami bohaterów. Broni się atmosfera i niebanalne połączenie obskurności powojennych realiów z pin-upowym marzeniem. Mogło być pięknie, zabrakło doświadczenia. Może ten film powinien jeszcze poleżakować w głowie reżysera?

Już teraz widzę, że “Bikini Blue” będzie łatwym celem, chłopcem do bicia. Sporo osób wyszło z kina w trakcie seansu. Możliwe, że ktoś nawet rzuci w niego Wężem, ale warto pamiętać, że film nie jest skokiem na kasę, lecz ambitnym eksperymentem, choć nie do końca udanym.

Nie będę mieszać tego filmu z błotem. Nie przyłączę się do chóru potępiających, bo tak jak już kiedyś wspomniałam – wolę ambitny wypadek przy pracy niż hiperpoprawne i bezpieczne trzymanie się schematów.

Ocena: 5/10

Na następnej stronie przeczytacie o „Ghost In The Shell”, „Life”, „Małżeńskich porachunkach” oraz „Pięknej i Bestii”.

Strony: 1 2

Przeczytaj jeszcze to

  • „Azyl” widziałem i zrobił na mnie podobne wrażenie, jak na was. Mogło być nieco lepiej, ale ogółem rzecz biorąc jest to całkiem dobry film. Jeszcze odnośnie „Pięknej i bestii”… Chciałem na początku bardzo obejrzeć ten film i odświeżyć sobie animowaną wersję tej historii, ale przez ten cały hype odechciało mi się i pewnie będę musiał odczekać trochę czasu, aż wezmę się za tę produkcję.

    • Gdzie jest hype, zwykle jest i hejt – film gromadzi pochwały, ale zbiera też cięgi, więc to faktycznie dobry pomysł, żeby się trochę zdystansować od opinii i obejrzeć nieco później 🙂

  • nic z tego jeszcze nie oglądałem, trzeba nadrobić;)

  • Nic nie widziałam, ale mam zamiar zobaczyć Azyl. Najbardziej mnie zainteresował. 🙂

    • Dobry wybór, bez dwóch zdań 🙂 Warto, choćby ze względu na historię!

  • Widziałam Piękną i Bestię i było całkiem przyjemnie. Moja druga połówka chciała wyciągnąć mnie na Ghost in the Shell, ale jakoś czasu mi na to brakuje 🙂

  • Dominika Rygiel

    Niestety nie widziałam ani jednego z wymienionych przez Ciebie filmów. Ostatnio czasu jak na lekarstwo, nadrabiam książkami …

    • To prawda, trudno obdzielić wolnym czasem i filmy, i książki 🙁 Staram się jak mogę, ale dążenie do równowagi w tym względzie to mission impossible 😉

  • Przemek Kowalski

    Baaardzo mocno mnie ciekawi „American Honey” i ze wszystkich tych propozycji (co dziwne nie widzialem żadnej), ta z pewnością pojdzie na pierwszy ogień 😉

    • Zbiera mieszane recenzje, ale podtrzymuję swoją opinię, że można się nim zauroczyć, można też oglądać go na zimno i docenić społeczny kontekst 🙂

  • Chciałabym w końcu zobaczyć Azyl i Piękną i Bestię 🙂

    • Polecam „Azyl” dla niesamowitej historii, „Piękną i Bestię” – dla oprawy oraz Gastona i Le Fou 🙂

  • Pingback: "Ania, nie Anna". Recenzja serialu Netflixa - Para na film()

Top