Loading

Nie ma to jak w czasach pandemii oglądać w telewizji horrory (nie licząc wiadomości). No dobra, może i „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie jest jakoś szczególnie straszny, by nie powiedzieć – w ogóle, to jednak dostaliśmy polski horror, przy którym przednio się bawiłem.

Jak pech to pech. Horror w kraju nad Wisłą kręci się średnio raz na 20 lat, a taki, który nie wywołuje poczucia żenady jeszcze rzadziej. To dość tani w realizacji gatunek, ale z jakiegoś powodu nasi filmowcy nie chcą się z nim mierzyć. Gdy w końcu powstał, to miał premierę akurat w tygodniu, gdy zamknęli kina. Producentom raczej kasa się nie zwróci, ale szczęście w nieszczęściu, że możemy go teraz oglądać w ramach abonamentu na Netfliksie.

„W lesie dziś nie zaśnie nikt” to klasyczny slasher, czyli z grubsza taki horror, w którym grupka ludzi wyjeżdża w nieznane i tam jest po kolei mordowana. Najczęściej mamy w takiej ekipie głupiutką blondynkę, wycofaną i mądrzejszą brunetkę, grubego nerda, popularnego przystojniaka itd. Stereotypowym bohaterom nie ma końca. Nasz polski horror właśnie tak się zaczyna. Oto grupka młodych ludzi spotka się w lesie, by leczyć tam uzależnienie od telefonów komórkowych. Całą elektronikę muszą oczywiście zostawić. Gdyby tego nie zrobili, to film mógłby się za szybko skończyć. Jeden telefon na policję i po horrorze. A tak? Mamy piękną rzeźnię.

Mocno zaskoczyła mnie ocena na Filmwebie (gdy to piszę film ma 4,7/10 przy 16000 ocen). Obawiam się, że „W lesie dziś nie zaśnie nikt” podzieli los cudownego „Domu w głębi lasu”. Ludzie traktują go zwyczajnie za bardzo poważnie. A to zabawa! Film porusza się na granicy pastiszu i kina klasy B. Dorzućcie do tego jeszcze całkiem pokaźną dawkę czarnego humoru i zjawiskową, przerysowaną makabrę – każda śmierć jest inna, każda równie efektowna. To co zaraz napiszę wywołać może salwy śmiechu, ale serio: Żaden inny polski film nie zbliżył się tak bardzo do tego co na zachodzie kręcą Rodriguez z Tarantino. Przecież gdyby ktoś w Polsce zrobił film w stylu Grindhouse, to by… go nie zrobił, bo nikt nie dałby mu na niego pieniędzy.

Polskie kino od lat ma się bardzo dobrze, ale brakuje w nim odważnych pomysłów. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” jest powiewem świeżości. W wielu miejscach co prawda przewidywalny, ale tą przewidywalnością potrafi się bawić. Już na początku robiliśmy zakłady, w jakiej kolejności zginą bohaterowie i w większości udało nam się trafić. Miejscami wjeżdża też na rejony takich filmów jak „Krzyk”, czyli nie udaje że dzieje się w świecie, w którym nie powstają żadne horrory i tak oto młody nerd cytuje „Terminatora” i robi wyliczankę wszystkich grzechów głównych w filmach grozy, które oczywiście są tutaj prorocze.

Film już dostaje po dupie (lub jest chwalony – to zależy na kogo głosujesz) także ze względu na swój wyraźny ideologiczny charakter: mamy np. księdza, który wprost cytuje jednego z polskich biskupów, albo dwóch półgłówków urządzających w lesie urodziny Hitlera. W sumie można było to zrobić subtelniej, bo ta dosłowność trochę jednak razi. Wiele horrorów już od czasów Romero komentowało otaczającą rzeczywistość, ale przytaczanie czyichś słów 1:1 jest przesadą. O ile jeszcze ksiądz stanowi ładną część fabuły i ma swój satysfakcjonujący finał, to urodziny Hitlera zupełnie nie zostały wplecione w fabułę, a dodane na siłę. Aha, gdyby wam to umknęło – księdza gra tutaj Piotr Cyrwus, który konsekwentnie walczy z wizerunkiem Rysia z Klanu i wychodzi mu to bardzo dobrze. Mamy też epizod z Olafem Lubaszenko, która od dawna nie był tak zabawny jak tutaj.

„W lesie dziś nie zaśnie nikt” powtarza też błąd… „Miasta 44”. Muzyka wydaje się być na siłę inna niż w pozostałych horrorach. Nie ma tutaj co prawda dubstepu i scen w slow motion, ale też miejscami zwyczajnie psuje klimat. Dziwny pomysł na odróżnienie się, gdy w większości czerpie się z klasyki kina grozy pełnymi garściami.

Oglądajmy i doceńmy odważne pomysły, a może doczekamy się porządnego polskiego filmu science fiction? „W lesie dziś nie zaśnie nikt” częściej bawi niż straszy, ale robi to głównie wtedy, kiedy chcą tego twórcy. Polecam. Może nie do kolacji, ale do czipsów z piwem – jak najbardziej.

Konrad
7/10

Top