Loading

Wraz z premierą „Stranger Things 2” pojawiło się sporo skrajnych komentarzy. A to, że drugi sezon jest lepszy i nie przynudza, a to – że wcale nie, bo nie ma już tajemnicy i klimatu jedynki. Wszyscy mają rację i nikt jej nie ma. Tradycyjnie. By wszystkich pogodzić, wystarczy sięgnąć po „Obcego – 8. pasażera Nostromo” i  Obcego – decydujące starcie”. Dwa filmy, które są dzisiaj kultowe, zrobione w tym samym uniwersum, z tym samym antagonistą, a tak przecież różne.

Mam jeszcze świeże spojrzenie na dwa sezony serialu, bo dopiero teraz po niego sięgnąłem, więc nie jestem skażony ekspresową nostalgią, która przez rok wykluła się u części widzów i przez to nie byli zadowoleni z kontynuacji.

W sumie sam jestem zaskoczony jak wsiąkłem w „Stranger Things”. Nie mam w zwyczaju brać seriali na raz, a ten oglądałem przy każdej wolnej chwili. Dlaczego tak późno? Przecież tylu ludzi zachwycało się tą produkcją. Ano dlatego, że wkręciłem sobie, że to zapewne coś w stylu „Czy boisz się ciemności?” i zwyczajnie jestem na to za stary. Ale tylu DOROSŁYCH ludzi się nim zachwycało! No tak, tylko że są też dorośli ludzie, którzy są fanami anime, mangi, a do tego wiedzą, czym różni się jedno od drugiego. Obawiałem się, że wpadnę na coś zrobionego specjalnie dla takich nerdów, no bo to przecież serial z dzieciakami w roli głównej. Ło panie, jak wszedłem na stereotypowe pole.


„Stranger Things” to taka produkcja, że nawet nie wiem z czym współczesnym ją można porównać. Czuć klimat starych „Gremlinów”, „Goonies” i „E.T.” Czysta, okrutnie wciągająca rozrywka, która z jednej strony nie idzie na łatwiznę i nie serwuje nam samej akcji, a z drugiej nie przesadza z dramaturgiczną stroną. Całość została bardzo dobrze wyważona, a nie udałoby się to, gdyby nie udany casting i bohaterowie. Z żadnej strony nie przypominają małych modeli, a przy tym nie są „jednocechowi” niczym w marnej komedii dla nastolatków, w której po dwóch stronach barykady ustawia się frajerów i cwaniaków. Jak można się dowiedzieć z kulisów powstawania serialu, niektórzy mieli być tacy typowo źli, ale w wyniku tego, co działo się na planie, naprawiono ich, dzięki czemu są ludźmi, a nie papierowymi wydmuszkami. Taki Steve to odpowiednik Jaimiego Lannistera z „Gry o tron” – też bez typowej przemiany pod wpływem impulsu, ale bohater został tak poprowadzony, że nie wiemy nawet, w którym momencie zaczynamy go lubić. Stworzył zresztą też w drugim sezonem udany bromance z jednym z dzieciaków.

„Stranger Things” z rozmysłem składa hołd kinu z lat osiemdziesiątych i lubi się odwoływać wprost do konkretnych filmów. Część fanów w sieci tak poniosła fantazja, że nawet w przemarszu wzdłuż torów widzą nawiązanie do innego filmu. Brakuje już tylko sceny strzelania i „ej, a w tamtym filmie też strzelali! Cóż za cudowne nawiązanie”. Takich faktycznych odniesień jest najwięcej chyba w stosunku do serii „Obcego” i tu jest moment, by wrócić do tytułu tego wpisu. Pierwsza część „Aliena” jest bardziej klimatyczna i tajemnicza, druga to już popisowe kino akcji. Jako dzieciak bardziej ceniłem dwójkę, dzisiaj stawiam te dwie części na tym samym stopniu podium. Podobnie jest właśnie ze „Stranger Things”. Pierwszy sezon to tak mniej więcej do piątego odcinka tajemnica. Oczywiście można się wielu rzeczy domyśleć, ale do połowy sezonu nie wiemy jeszcze, w którą stronę wszystko zmierza. Tajemnicze „coś” pojawia się w momentach kulminacyjnych. Drugi sezon to z kolei już pełna akcji przygoda, w której jednak ciągle znalazło się miejsce na wątki o dojrzewaniu i takie typowo gimnazjalne [*] problemy. Wiele rzeczy łatwo przewidzieć, ale zupełnie nie na tym polega moc tego serialu. Klimat nadal jest wyborny, bohaterowie nadal ciekawi, a historia znajduje właściwie już swój finał, domykając niemal wszystkie wątki.

Na dzisiaj powiedziałbym, że pierwszy sezon podobał mi się bardziej ze względu na wspomnianą tajemnicę, ale i w drugi wciągnąłem bardzo szybko, nie nudziłem się i z każdymi napisami końcowymi chwaliłem Netflix, że nie muszę tydzień czekać na to, by dowiedzieć się, co będzie dalej. Jak pisałem tutaj – nie zawsze tak mam.  Minusem jest jednak jeden z odcinków (wszyscy, którzy oglądali, doskonale wiedzą, który). Zastosowany został taki typowo książkowy motyw. Akcja się zagęszcza i nagle zostaje zawieszona, bo trzeba opowiedzieć zupełnie inną historię. Ta tutaj nie wniosła niczego do fabuły, chyba zostało im za dużo pieniędzy i dokręcili dodatkowy odcinek. Na przyszłość proponuję dać podwyżkę młodym aktorom.

Nie mam pojęcia, co twórcy wymyślą w trzecim sezonie – chyba coś zupełnie nowego, z innymi tajemnicami. Miejmy nadzieję, że poziom poprzednich sezonów zostanie utrzymany.

ps. Bracia Duffer (twórcy ST), zanim stali się sławni, zrobili film „Hidden”, który polecałem w tej recenzji.

Przeczytaj jeszcze to

Top