Loading

„House of Cards” zapoczątkowało tę niechlubną tradycję, którą Netflix konsekwentnie kontynuuje. Wypuszczaniu wszystkich odcinków jednego dnia przyklasnęło wielu fanów i domagają się teraz tego od innych nadawców – także tradycyjnej telewizji. Świat seriali zmierza w kierunku VOD, pewnie za 10 lat już mało kto będzie interesował się czymś takim jak program telewizyjny, wyjątkiem pozostaną tylko wydarzenia na żywo. „Chcemy wszystko tu i teraz” – motto współczesnego, zachodniego świata powoli zabija społeczność widzów. Netflix pozbawił nas możliwości wymiany poglądów o kolejnych odcinkach na forach dyskusyjnych, bo bardzo łatwo można nadziać się na spojlery. Seriale to nie filmy i wiele mądrych głów o tym zapomina.

Dawno, dawno temu, gdy na ulicach królowały polonezy, w telewizji „Z Archiwum X”, a by pojechać do Niemiec potrzebowaliśmy paszportu, nie było możliwości dyskutowania z obcymi ludźmi na temat swoich ulubionych seriali. Pozostawały tylko rozmowy ze znajomymi i modły do Polsatu, by puścił kolejny sezon. Myślę, że sporo straciliśmy, nie mogąc wspólnie ekscytować się, czy Ross będzie z Rachel i czy Scully porwali kosmici. Tamte czasy były dość ciężkie, bo byliśmy skazani na łaskę telewizji, która z czasem zaczęła coraz bardziej stawiać na telenowele. Chyba mało kto wie jak właściwie skończyły się takie produkcje jak „Żar tropików”, „Zaginiony ląd” lub „Renegat”. Kolejne sezony były puszczane nie po kolei i przez różne telewizje.

Rewolucja nadeszła w 2004, gdy na ekrany wszedł „Lost”. Jak na tamte czasy wysokobudżetowa produkcja, która chyba jak żadna inna przyczyniła się do pewnej odnowy seriali, które przez lata były uważane za gorszego siostrzeńca filmów. Internet w Polsce był już na tyle powszechny, że seriale zaczęto ściągać z pirackich serwisów, nie czekając na łaskę rodzimej telewizji, która nie śpieszyła się z kupnem praw. Właściwie to dopiero stosunkowo niedawno coraz powszechniejsze stają się ogólnoświatowe premiery i takie hity jak „Gra o tron”, „The Walking Dead” są puszczane w Polsce równo z amerykańską premierą. Włodarze telewizji uznali, że inaczej nie wygrają z piractwem.

„Lost” na dobre rozbudził także fora dyskusyjne. Jego twórcy zauważyli ten trend i rozwijali swój serial nawiązując chociażby do historii i mitologii tak, by fani mogli w każdym odcinku szukać tropów i po swojemu interpretować poszczególne wydarzenia. Z czasem serial został obudowany jeszcze o krótkie odcinki internetowe, które rzucały nowe poszlaki oraz grę komputerową. Udało im się zbudować uniwersum, które żyło dużo dłużej niż przez 45 minut każdego tygodnia. Główne odcinki były dopiero początkiem dla zażartych dyskusji. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby serial robił Netflix i wrzucał do sieci całe sezony.

Jak to przystało na hipsterkę Olu, tak się zdarzyło, że nie oglądała „Lost” (tak jak teraz „Gry o tron”). Ciągle polecam jej ten serial, ale wiem, że już została pozbawiona 50 procent tego, czym ten serial był, gdy oglądało się go na bieżąco. W Internecie są jeszcze fora poświęcone konkretnych odcinkom, ale wszędzie można trafić na spoilery. Poza tym, nie da się już wziąć udziału w sensownej dyskusji-przewidywaniach.

„House of Cards” to zupełnie inny format niż „Lost”, ale i tak brakuje mi możliwości wejścia na forum po każdym odcinku i sprawdzenia jak ludzie go odebrali i jaki przewidują dalszy ciąg wydarzeń. Wchodzę tam dopiero po całym sezonie, a to nie jest to samo. Zdarzają się odcinki pełne emocji, że chciałoby się w większym gronie o nich podyskutować – nie ma takiej możliwości. Nawet jak są wątki poświęcone konkretnym odcinkom, to i tak znajdą się tacy, którzy nie będą mogli się powstrzymać przed nawiązaniem do kolejnych epizodów. Zresztą ten problem był już widoczny przy ekranizacjach książek („Gra o tron”) i komiksów („The Walking Dead”).

Seriale to nie filmy. Mają chociażby cliffhangery, ale co po nich jeśli zaraz po skończeniu jednego odcinka włączymy drugi, zamiast być niejako zmuszonym do czekania. Te dni, które dzielą jeden epizod od drugiego też są potrzebne. Część seriali oglądam już na długo po premierze lub nawet po zakończeniu ich produkcji i zawsze mam wrażenie, że trochę na tym tracę. Jeżeli kogoś nie interesują rozkminy nad odcinkami, wystarczy że poczeka na zakończenie serialu i wtedy nawet jednego dnia może wciągnąć całość. Oni mają wybór. Ci, którzy lubią rozmawiać o kolejnych odcinkach już nie. Są zwyczajnie pozbawiani tej możliwości.

Wyobraźmy sobie, że właśnie trwające igrzyska można oglądać tylko w telewizji, nie ma opcji, by zobaczyć je na stadionie. Gdyby prawa do nich miał Netflix, to odczekałby aż się skończą i wtedy do sieci wypuścił całość. Nie byłoby umartwiania się na forach kontuzjami między jednym meczem, a drugim, nie byłoby całodniowych debat nad zachowaniem sędziego, w ogóle nie byłoby żadnej otoczki, która towarzyszy igrzyskom. Czasami warto poczekać, trochę zwolnić i napawać się tym co pomiędzy. Drogie telewizje, nie idźcie drogą Netflixa. Chociażby z marketingowego punktu widzenia, chyba średnio się opłaca, gdy serial żyje tylko tydzień, a nie kilka miesięcy.

Przeczytaj jeszcze to

Top