Loading

Kiedyś TVP 2 bodajże we środy miało filmowe pasmo z produkcjami skierowanymi głównie do pań. Nie były to romanse, ale tak zwane kino z dreszczykiem. Głównie thrillery, które za oceanem trafiały od razu na rynek DVD. Aktorzy, którym się nie udało, nikomu nieznany reżyser i wychodził z tego twór z pogranicza telenoweli i kina akcji klasy C, przy którym żony, matki i kochanki mogły poczuć większą adrenalinę niż wtedy, gdy Andrzej po powrocie z, hehe, wieczorku, hehe, towarzyskiego nie jest w stanie trafić do toalety, a czasu coraz mniej… „Dziewczyna z pociągu” nie jest takim filmem i nie tylko dlatego, że to ekranizacja bestsellera ze znanymi aktorami. Ja jako osoba dyskryminowana przez Cinema City i ich Ladies Night bawiłem się w kinie całkiem nieźle, a jest to utwór skrojony pod feministki. Ktoś tu próbuje pisać historię na nowo i obarczyć winą Adama za wygnanie z raju?

Taka jestem smutna

Nie znam książki, Olu zna i tutaj możecie przeczytać jej recenzję, w której spoiler spoilerem pogania. Moja niewiedza, co oczywiste, dała mi większą frajdę w odkrywaniu fabuły, bo co to za kryminał, gdy wiesz „kto zabił”. Lepiej nic nie wiedzieć. Jak John Snow.

Ale tak pokrótce. Zwiastuny kłamią! I to jest dobra informacja. Po obejrzeniu zapowiedzi byłem święcie przekonany, że jedna z kobiet zostanie potrącona przez pociąg i wszyscy będą się zastanawiać, kto ją tam wepchnął, jak śmiał, a może to było samobójstwo, a może ona jednak żyje i to była ściema. Na całe szczęście intryga jest nieco bardziej skomplikowana. Główna bohaterka to alkoholiczka, której coś w życiu nie wyszło i teraz głównie spędza czas na jeżdżeniu koleją jak ten pies, co też jeździł koleją. Ale on był zawsze trzeźwy. Po drodze mija dwa domy. W jednym mieszka jej były mąż wraz z żoną i dzieckiem, a w drugim nieznana jej para, która na pierwszy rzut oka wygląda jak zakończenie większości komedii romantycznych. Sama zbudowała sobie ich obraz jako perfekcyjnych, by utwierdzić się w przekonaniu, że jej życie jest do niczego, a wszyscy dookoła kochają się, rodzą dzieci i uprawiają seks na kuchennym blacie. Historię poznajemy jeszcze z dwóch perspektyw: nowej żony jej byłego męża oraz tej pozornie perfekcyjnej pani z domu widzianego z okien pociągu.

Ja jestem bardziej smutna

Ekspozycja wygląda tak jakby wymienione trzy panie licytowały się, która z nich jest bardziej nieszczęśliwa. Ten niezamierzony efekt komiczny mija dopiero w momencie, gdy dochodzi do zbrodni. I w tym momencie dramat społeczny powoli zostaje wypchnięty przez krzyżówkę kryminału, thrillera i „Wysokich obcasów”. Intryga jest szyta tak jak trzeba. Nic się nie rozpina i do końca nie wiesz, czy ostatecznie wyjdzie z tego sweterek na zimę czy rękawiczki. Grono bohaterów i czas filmu na tyle dobrze ze sobą współgrają, że podczas seansu kilka razy zmieniałem zdanie na temat tego „kto zabił”, a przecież to jest najważniejsze w kryminale. Osobiście dobrze się bawiłem, gdy historia prowadziła ze mną grę. Jak już myślałem, że ją przechytrzyłem i nie dałem się nabrać na rzucane fałszywe tropy, to ta mnie zaskakiwała. Olu w fotelu obok, znając zakończenie, wyraźnie odpływała ku perspektywie kolacji – najlepiej takiej ze szparagami. I keczupem.

Twórcom udało się wytworzyć specyficzny klimat ogólnego przygnębienia. Nawet gdy jakiś bohater się uśmiecha, my podskórnie wiemy, że to tylko na pokaz. W rzeczywistości nie może pogodzić się z przemijaniem i zatkanym kiblem. Trochę to przypomina „Siedem”, nawet gdy nie pada deszcz. Kolory wpadają w szaroburoniebieski, gdzieś jest noc, gdzieś jest pite i bite.

Ja jestem najsmutniejsza

Mamy trzy bohaterki, ale najwięcej spoczywa na barkach Emily Blunt. Któżby inny mógł zagrać główną rolę w feministycznym filmie jak nie aktorka, która ostatnio w kinie walczy z kartelami narkotykowymi i jako żołnierka z kosmitami. Tym razem zamiast karabinu maszynowego ma piersiówkę z wódką. Spękane usta, opuchnięte oczy, brud pod paznokciami, tłuste włosy. Wszystko to widzimy z bardzo bliska, bo operator uwielbia na nią robić zbliżenia jakby chciał powiedzieć: „patrzcie dzieci, tak wygląda alkoholik!”. Blunt poza samym wyglądem, dobrze wywiązała się ze swojej roli. Jak ma bełkotać, bełkocze, ale głównie gra mimiką, pustkę w jej oczach widać nawet bez specjalnego dojazdu kamery. Ponoć w książce była też gruba, tutaj twórcy ograniczyli się do tego, by nosiła luźniejsze ubrania i może miała tylko lekką nadwagę. Nie przeszło to uwadze Oli, która uznała, że to skandal. Zaczęła krzyczeć coś, że to dyskryminacja otyłych aktorek, że ten wstrętny Hollywood, że każdy ma prawo do hamburgera, wolność dla wielorybów. Mogłem coś pomylić. OK, lepiej, gdyby wzięli kogoś grubszego, dzięki temu chociażby jedna ze scen miałaby więcej sensu, ale jak już wzięli Blunt, to ona wywiązała się ze swojego zadania bardzo dobrze. Co prawda po okrzyku „akcja!” nagle nie wyskoczyło jej dodatkowe 50 kilo, ale to potrafią już tylko ci najwybitniejsi.

Film polecam tylko tym, którzy nie znają książki, bo tajemnica jest jego główną zaletą. Reszta to jednak średni dramat społeczny, w którym wszystkiemu winni są mężczyźni. Z kina wyszedłem szybkim krokiem, obawiając się linczu.

6/10

Przeczytaj jeszcze to

Top