Loading

„Kto tak ładnie kradnie”, czyli Franek Kimono w wersji przedwojennej

A co z tą Polską? Czy u nas nie było nic sensownego? My mieliśmy choćby film “Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ Króla Kasiarzy”. Udane połączenie musicalu z komedią kryminalną przenoszące nas w czasy wodewilu i kabaretu w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Historia w filmie została oparta na autentycznej biografii Antoniego Cichockiego – znanego włamywacza. Efektowne numery rewiowe i ciekawie poprowadzona fabuła w połączeniu z naprawdę dobrą obsadą (Kwiatkowska, Kownacka, Fronczewski, Wiśniewska, Michnikowski…) – to wszystko sprawia, że “Hallo Szpicbródka” pozostawił mi po sobie wrażenia pozytywne, choć mgliste.

Niestety, oryginalne piosenki z filmu są nienamierzalne w Internecie. Wydaje mi się, że kiedyś były, co by oznaczało, że studio ma problem z tym, że ludzie lubią powspominać piosenki z “Hallo Szpicbródki” – z powodu takiej polityki przyjdzie więc pewnie odejść temu filmowi w zapomnienie. Równocześnie widać, że musical jest chętnie wskrzeszany na deskach teatrów, co cieszy.

Majaczy mi też wspomnienie filmu “Lata dwudzieste lata trzydzieste” osadzonego w podobnych realiach i również z Piotrem Fronczewskim. W Polsce w latach 70-tych dało się odczuć falę tęsknoty za tym, co działo się niespełna 40 lat temu. Pamiętam program Anny Jantar również osadzony w konwencji rewiowej z piosenkami z filmów z dwudziestolecia międzywojennego.

Walken robi striptiz

Lata 70-te i 80-te to dobry czas, by przedstawić karierę, której nie było. Christopher Walken zaczynał karierę jako tancerz. Gdyby oceniać jego zróżnicowany talent przez pryzmat musicali, można by pomyśleć, że Walken urodził się w złej epoce. Gdy królowały musicale, on był jeszcze dzieckiem. Na czas jego młodości, liczba muzycznych produkcji spadła, pozostawiając Walkena z talentem, którego nie miał gdzie spożytkować (na szczęście tylko jednym z wielu). A dodajmy do tego fakt, że Walken stosunkowo krótko miał urodę amanta, a nawet wtedy nie był to amant oczywisty. Nawet gdyby zapotrzebowanie na musicale nie spadło, nie wiem, czy ktoś by miał na niego pomysł. Jasne, Walken śpiewał i tańczył tam, gdzie mógł, parę lat temu pojawił się choćby w mocno średnim “Hairspray” i w “Kawie i papierosach”, ale trudno uznać to za przełomowe momenty w jego karierze.

W bogatej objętościowo filmografii Walkena znalazł się jeden klasyczny musical, ale niezbyt dobry i zapomniany: “Pennies From Heaven”. Epizodyczny występ Walkena był jednak na tyle wyróżniający się, że został skomplementowany przez Freda Astaire’a i Gene’ego Kelly’ego. Żeby zachęcić do obejrzenia dodam, że jest to taniec połączony ze striptizem, a męski striptiz nie zdarza się codziennie, zwłaszcza w takim osobliwym wydaniu.

Musical na przekór rzeczywistości

Lata 90-te to musicalowa posucha, ale koniec wieku wieńczy film Larsa von Triera, który przecież czerpie z konwencji, wykorzystując ją po swojemu. “Tańcząc w ciemnościach” to historia tracącej wzrok robotnicy Selmy, w którą z wielkim zaangażowaniem wcieliła się Bjork. Piosenki są bardzo w stylu artystki, a ich oprawa – charakterystyczna dla reżysera. Ostentacyjna niedoskonałość kontrastuje z tym, do czego w musicalach przywykliśmy – idealizowaniem rzeczywistości. Gatunek, który do tej pory zdawał się mówić, że “wszystko będzie dobrze” lub przynajmniej podtrzymywał nadzieję, tym razem bezlitośnie chłoszcze naszą naiwność poprzez skontrastowanie prostoduszności i szlachetności Selmy z okrutnym światem. Ona sama deklaruje miłość do musicali, bo – jak twierdzi – w nich nigdy nie dzieje się nic złego…

Disneyowskie produkcje wprawdzie wykluczyłam na potrzeby tego zestawienia (to temat na osobny wpis), ale “South Park” jako animacja dla dorosłych? Ciągle nie widzę przeszkód, by się tutaj znalazła. Bardzo chciałam iść do kina na “Bigger, Longer & Uncut”, ale miałam dopiero 12 lat i nie było na to realnych szans, obejrzałam go dopiero parę lat później.

South Park umie w musicale

Trey Parker i Matt Stone rozpoczęli produkcję serialu w 1997 roku. Wkrótce zrobili wersję kinową, która w gruncie rzeczy przedstawia reakcję społeczeństwa amerykańskiego na ich własne obrazoburcze dzieło. Przy okazji daje nam jedną z pierwszych próbek tego, jak świetni są Parker i Stone w przedstawianiu społecznych paranoi. Oglądając kinową wersję, możemy zobaczyć również, jak długą drogę przeszła animacja. Ale rzuca się w oczy coś jeszcze: umiejętność bawienia się konwencją przy jednoczesnym jej sparodiowaniu. Musicalowe wstawki nawiązują do tradycji, zarazem eksponując śmiesznostki i charakerystyczne manieryzmy. Piosenki są zdumiewająco wręcz, jak na ówczesną ascetyczność “South Parku”, dopracowane i udane. “Blame Canada” otrzymała nawet nominację do Oscara:

Czy jest na sali lekarz?

„Scrubs”, czyli “Hoży doktorzy”, to najlepszy obok “Przyjaciół” serial komediowy, który oglądaliśmy razem z Konradem i do którego mamy ogromny sentyment. Ekscentryczny i sympatyczny zarazem. Potrzeba nieco czasu, by wejść w świat bohaterów, ale gdy to już się uda… jeszcze nigdy tak bardzo nie chciało nam się wracać do szpitalnych korytarzy. Szpitalnego świata doświadczamy tutaj przez pryzmat głównego bohatera, młodego lekarza J.D. i jego wybujałej wyobraźni. Ponieważ taka perspektywa stwarza wiele możliwości oderwania się od realizmu, twórcy zdecydowali się na odcinek w konwencji musicalowej. Zabrali się do tego z należytym szacunkiem – muzyką, piosenkami, śpiewem i układami tanecznymi zajęli się broadwayowscy wyjadacze. Tym razem szpital Sacred Heart widzimy z punktu widzenia pacjentki, której objawem jest to, że… wydaje jej się, że wszyscy wokół niej zachowują się, jakby grali w musicalu. Stephanie D’Abruzzo, czyli aktorka, która ją zagrała, sama zdobyła doświadczenie na Broadway’u. Serialowi bohaterowie dzielnie dotrzymywali jej kroku i oto powstał odcinek dopracowany muzycznie, z ciekawą choreografią, nietracący nic z klimatu Scrubsów.

Wróćmy jednak do filmowych musicali. XXI wiek częściowo zwrócił nam je, zmieniając ich oblicze… Technologia sprzyja mniej utalentowanym aktorom, zresztą – i tak zdążyliśmy już zaakceptować odtwórców filmowych z ich nieperfekcyjnymi wokalami.

Inna sprawa, że gdyby La La Land” powstał w latach 50-tych, Emma Stone i Ryan Gosling raczej na pewno zostaliby zdubbingowani w piosenkach.

„Chicago” vs „Moulin Rouge” – 1:0

Czas przyznać się do tego, że nigdy nie byłam entuzjastką „Moulin Rouge”, który moim zdaniem cierpi na przesyt wszystkiego, każda scena do mnie krzyczy i mnie atakuje, brakuje tu subtelności, zatrzymania – ot, przerysowany jarmark pełen kakofonii i pstrokacizny. Niemniej oczywiście uznaję umiejętności wokalne Nicole Kidman i Ewana McGregora, a i “El Tango de Roxanne” nie pogardzę.

Co innego “Chicago”. Ma w sobie lekkość, ironię i można je odczytywać na kilka sposobów. Moim ulubionym jest interpretacja kobiecego więzienia z charakterystyczną dla międzywojnia ekscytacją zbrodnią i zbrodniarkami jako paraleli Hollywood.

“Chicago” nie jest perfekcyjne i nawet potrafię zrozumieć tych, którzy narzekali, że zdobyło Oscara dla najlepszego filmu, zwłaszcza że 2002 rok pozostanie w historii jako czas kinowego urodzaju. Sama nie mogłam zrozumieć, że statuetki nie zgarnęli twórcy “Godzin”, poza tym podobnie jak wiele osób kibicowałam również “Pianiście”

A jednak uważam, że nie powinniśmy obrażać się na “Chicago”. Przede wszystkim w wielu widzach był głód musicali, który filmowa adaptacja sztuki z librettem Freda Ebba i Boba Fosse’a przynajmniej częściowo zaspokoiła. Film Roba Marshalla emanuje inteligentnym humorem i dyskretnym czarem, co w moim przekonaniu jest jego największym atutem, ale ma również momenty pełne pasji, takie jak hipnotyzujące i ciarotwórcze “Cell Block Tango”

„Dziewięć” na dziesięć dla Marion Cotillard

Gdzieś po drodze mieliśmy “Dziewięć”, mający wielkie ambicje i wielkie nazwiska. Wianuszkiem pięknych i wartościowych kobiet otoczony był w końcu nie kto inny, lecz Daniel Day-Lewis – jeden z najwybitniejszych i najbardziej wszechstronnych aktorów, nawet jeśli niektórych irytuje swoim perfekcjonizmem, stając się męskim odpowiednikiem Meryl Streep (co nie jest przecież zarzutem, przeciwnie). Film wstydliwie przemknął przez afisze jako jedno z rozczarowań, warto jednak zapamiętać z niego występy Marion Cotillard, do której – jak można się było już za pośrednictwem bloga zorientować – mam słabość. Jako żona głównego bohatera nie tylko świetnie śpiewa, ale jak zwykle urzeka swoją emocjonalnością, gdy wyraża smutek kobiety lekceważonej przez swojego męża goniącego za reżyserskimi wizjami i coraz to nowymi muzami:

Szkoda, że tak świetna rola utonęła w nie do końca udanym filmie, szkoda zresztą samego “Nine”, bo zamysł na czele z nawiązaniami do “Osiem i pół” Felliniego był szalenie obiecujący, zanim ostatecznie pogrążył się w chaosie.

Strony: 1 2 3

Top