Loading

Bierna przyzwoitość vs terror w słusznej sprawie

Bunt Merry przybiera coraz bardziej radykalne formy, aż w końcu dochodzi do zapowiadanej katastrofy. Pierwsze pytanie zadane przez Seymoura i Dawn: co ich ukochana jedynaczka ma z nią wspólnego?

Pytań jest zresztą znacznie więcej. Jak daleko można się posunąć w obronie swoich ideałów? Co możemy, a co powinniśmy zrobić, jakim kosztem? Czy bycie przyzwoitym człowiekiem nie wystarczy?

I być może najważniejsze, najprostsze zarazem: “dlaczego?”.

Przecież Levov żyje najlepiej jak potrafi, jest prawym człowiekiem, przestrzega zasad, współistnieje w zgodzie ze wszystkimi. Gdzie popełnił błąd? Czy mógł zmienić bieg wydarzeń, czy też rzeczywiście był on nierozerwalny z biegiem historii? Czym więc zasłużył sobie na taką karę? Dodajmy, karę, która pociąga za sobą łańcuch niefortunnych wydarzeń.

Największą karą dla bohaterów wydaje się być odarcie ze złudzeń. Okazuje się przecież, że sielanka była ułudą, ładnym obrazkiem i została wzniesiona na kruchych fundamentach.

McGregor jako reżyser

Te wszystkie dylematy zostają nam zasygnalizowane w filmie, co uważam za jedną z jego głównych zalet. Problematyka pierwowzoru nie ucieka, nie rozmywa się. To, co ginie gdzieś po drodze, to dramaturgia. “Amerykańska sielanka” McGregora nie ma w sobie wiele dynamiki ani napięcia – choć teoretycznie tok akcji wymaga zwłaszcza tego drugiego. Niby jest kilka scen, które przykuwają naszą uwagę i zaczynamy intensywnie współprzeżywać wraz z bohaterami, ale jest ich zdecydowanie za mało, by wpaść w trans widza.

Widać, że McGregor czuje tę powieść, jednocześnie jednak czuje ją jako czytelnik, nie jako reżyser. Gubi go brak doświadczenia i umiejętności, który tym razem wygrywa w starciu z zapałem i dobrymi chęciami. W efekcie nie czujemy tych emocji, które czują postaci. Podczas seansu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bardziej wprawiony reżyser mógłby zrobić to lepiej.

Motywacje bohaterów rozmywają się. Umyka nam proces, który dotyczy zachowania Dawn, przez kilkanaście lat anielskiej wręcz żony i matki. Nie sposób też zrozumieć zasad dziwnej, ewidentnie niedokończonej gry oraz zamieszania wprowadzanego przez tajemniczą znajomą Merry. Aktorskie kreacje nie wychodzą poza poprawność, być może z uwagi na ograniczenia scenariuszowe.

Autorem muzyki jest Alexandre Desplat – szalenie płodny twórczo i równie utalentowany kompozytor, a przy okazji: ten sam, który kilkakrotnie współpracował z Wesem Andersonem, dzięki czemu wiemy, że skutecznie potrafi wprowadzić nas w atmosferę odrealnienia. W “Amerykańskiej sielance” nieliczne baśniowe pierwiastki usłyszymy w coverze “Moon River”, pozostałe kompozytor serwuje nam przekornie i z goryczą, nie dając nam zapomnieć o niepokoju i wyczekiwaniu na najgorsze.

Roth relatywizuje, McGregor idealizuje

Philip Roth krytycznie odnosi się do obu stron – zarówno do niebezpiecznego i bezmyślnego żywiołu buntu, którego przedstawiciele wylewają przysłowiowe dziecko z kąpielą, jak również – do pękającej z dumy, nieskorej do zmian i wierzącej w swoje mity Ameryki.

Tymczasem McGregor w zakończeniu (bez obaw, to nie spojler) wydaje dość jednoznaczny osąd moralny. Wręcz zdaje się opowiadać po jednej ze stron, potępia, wysławia, rozdziela winy i zasługi niczym sędzia przy werdykcie.

W literackiej wersji obraz samego Levova wydaje się być mniej wyidealizowany, książka ma więcej subtelności, które tu giną. W książce autor jest wobec Seymoura bardziej bezkrytyczny i sceptyczny.

Na brak subtelności mogłabym spróbować przymknąć oko, ale na sugerowanie mi co mam myśleć – nigdy. To w moim odczuciu jeden z największych grzechów tak literackich, jak i filmowych. Powieść Rotha go nie popełnia, a McGregor zdaje się czynić to z premedytacją.

Nie chodzi tu o subiektywizm, bo ten jest jak najbardziej akceptowalny, tylko o przestrzeń do interpretacji dla odbiorcy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy gołym okiem widzimy niejednoznaczność historii, a reżyser bezpardonowo narzuca nam własne zdanie.

Filmowa “Amerykańska sielanka” nie okazała się może katastrofą, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że McGregor ustawił sobie poprzeczkę zbyt wysoko i nie był w stanie przekonwertować nam powieści Rotha na język filmu. Zachęcam jednak do niezrażania się niedoskonałą produkcją i sięgnięcia po literacki oryginał zamiast seansu lub w ramach rekompensaty.

Aleksandra Drozd

Ocena: 5/10

Strony: 1 2

Top